Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 marca 2012

"Dom żółwia. Zanzibar" Małgorzaty Szejnert - jako zapowiedź spotkania

W ramach zapowiedzi marcowej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą prezentujemy jeszcze jeden tekst poświęcony książce Małgorzaty Szejnert. Już niebawem, bo 21 marca, spotkanie z Autorką!:

Bernadetta Darska

Świat z przeszłości
Że najnowsza książka Małgorzaty Szejnert potwierdza jej reporterskie mistrzostwo, tego nie trzeba zaznaczać. Brzmi jak banał, gdyż autorka, zwłaszcza ostatnimi publikacjami, przyzwyczaiła czytelnika do tego, że oferuje mu totalny opis świata, a każdy opisany szczegół mówi równie wiele o konkretnej jednostce co o człowieku jako takim. Książki Szejnert można bowiem czytać jako filozoficzne traktaty. Nie jest to określenie nazbyt patetyczne. Autorka, opowiadając o losach swoich bohaterów, stawia tak naprawdę mnóstwo ważnych pytań natury etycznej. „Dom żółwia. Zanzibar” da się dzięki temu odkrywać jako zapis świata, który odchodzi w przeszłość, świata, którego już nie ma, a który żyje jedynie w pamięci – tej przekazywanej i utrwalanej. Podobna perspektywa towarzyszyła rzeczywistości udokumentowanej w „Czarnym ogrodzie” i w „Wyspie klucz”. Szejnert oddaje głos tym, którzy nie mieli szansy zaznaczyć swojego istnienia za pomocą przekazu werbalnego. Cechę charakterystyczną ich trwania stanowiło milczenie. To dlatego „Dom żółwia. Zanzibar” stanowi niezwykle wrażliwą i jednocześnie uważną próbę zarchiwizowania okresu niewolnictwa i stopniowego wyzwalania się tych, których nie uważano za ludzi. Szejnert pokazuje jak nieoczywisty był to proces. Mimo prawnego rozwiązania sprawy znaczna część niewolników nie korzystała z wolności – nie mieli bowiem ani pomysłu, ani środków na rozpoczęcie nowego życia. Eksploatacja firmowana przez białych okazywała się więc dużo bardziej intensywna – kształtowała bowiem nie tylko teraźniejszość, ale i wpływała na kształt przeszłości. Interesującym wątkiem jest przytoczenie losów Polaków, którzy osiedlili się na Zanzibarze. Co jednak bardzo ważne, Szejnert nie eksponuje szczególnie wątku polonijnego. Dzięki owemu demokratycznemu potraktowaniu Polacy związani z Zanzibarem stają się bliżsi tamtejszym doświadczeniom i są bardziej z nimi związani. Tytułowy „dom żółwia” to piękna, ale i mroczna metafora. Skorupa, w której chroni się żywe stworzenie, i która również żyje, choć dla niektórych kojarzy się z czymś martwym. Obok poruszających opowieści o targach niewolników opis eksploatowania ciała żółwia w celach żywieniowych jest jednym z najbardziej poruszających i barbarzyńskich. Cierpiące zwierzę staje się równie milczące jak cierpiący ludzie. Ból ciała miesza się z bólem obecnym w spojrzeniu. Dom żółwia zamienia się w więzienie. Piękne miesza się tutaj ze strasznym, jednostkowe z uniwersalnym, szczególne z odtwarzanym po raz kolejny. Szejnert udaje się uchwycić specyfikę człowieczego losu w niemalże wszystkich jego odmianach – mamy tu ludzi zniszczonych przez tych, którzy stoją w hierarchii wyżej, mamy osoby, którym marzy się zmiana świata i wprowadzenie w czyn głęboko humanistycznych idei, mamy postaci, dla których liczy się tylko władza, mamy też tych, którzy myślą jedynie o pracy, mamy i takich, którzy za nic mają piękno tego miejsca i jego historię, chcą jedynie powiększyć swój majątek, nieważne, jakim kosztem. Lektura obowiązkowa!

Małgorzata Szejnert, Dom żółwia. Zanzibar, Wyd. Znak, Kraków 2011.
[pierwodruk: "A to książka właśnie!" - http://bernadettadarska.blog.onet.pl/Swiat-z-przeszlosci-M-Szejnert,2,ID446421631,n]

"Wyspa klucz" Małgorzaty Szejnert - jako zapowiedź spotkania

Gościem marcowej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie Małgorzata Szejnert. Już 21 marca będziemy mogli się spotkać z mistrzynią reportażu. Poniżej prezentujemy recenzję jednej z książek Autorki:

Bernadetta Darska

Tu rozstrzyga się wszystko

            Małgorzata Szejnert po raz kolejny zachwyca pisarskim kunsztem, uwodzi umiejętnością snucia narracji, ożywiania tych, których od dawna nie ma, przypominania tych, których karty podręczników historii zwykle pomijają, wzrusza opowieścią o początku pewnego świata, jego triumfie i wreszcie upadku. Ów świat przywołany do życia dzięki opowieści autorki to Ellis Island, wyspa, na której mieściło się centrum przyjmowania imigrantów. Szejnert spisuje historię miejsca i ludzi od początku do czasów współczesnych. Otrzymujemy więc mistrzowsko skonstruowaną panoramę ludzkich losów, diagnozę społeczną, wreszcie zapis zwyczajów i zmian zachodzących w przestrzeni. Reportaż przygotowany przez autorkę „Czarnego ogrodu” to historia imigrantów marzących o Nowym Wspaniałym Świecie. Ellis Island to miejsce, w którym mogli poczuć, że to, czego pragnęli jest na wyciągnięcie ręki. Tyle że, kto wie, czy nie najtrudniejszy sprawdzian, czekał ich właśnie na tej niedużej, zdawałoby się niepozornej, wysepce. Ci, którzy, na nią trafili, albo dowiadywali się, że nowe, lepsze – jak mniemali – życie właśnie się rozpoczyna, albo uświadamiali sobie, że daleka podróż, jaką odbyli, na nic się zdała, bo Ameryka jest ciągle nieosiągalnym rajem. Małgorzacie Szejnert udaje się więc sportretować także emocje i uczucie. Sugestywna narracja sprawia, iż wierzymy w opisany świat, opuszczone dzisiaj mury ożywają, a ludzkie dramaty, bezpowrotnie zapomniane, zaczynają się dziać niemal na naszych oczach. Mistrzyni reportażu po raz kolejny pokazuje, że w przypadku jej twórczości mamy do czynienia z tekstem doskonałym. „Wyspa klucz”, bo taki tytuł nosi książka, okazuje się kluczem nie tylko do przeszłości, ale i do teraźniejszości (po ataku terrorystycznym 11 września wyspa przyjmowała rannych), kluczem do wolności, ale i kluczem zamykającym drzwi do wymarzonego świata, kluczem do zrozumienia, do humanitarnego traktowania przybyszów, ale i kluczem do pogardy, lekceważenia, korupcji. Świat przypominany przez Szejnert to świat, którego już nie ma, ale zarazem – paradoksalnie – świat, który odradza się nieustannie także współcześnie. Stany Zjednoczone dla wielu ciągle pozostają rajem na ziemi, wiele osób próbujących się tam nielegalnie dostać traci życie, jeszcze inni decydują się na wiele upokorzeń po to tylko, by móc tam mieszkać. Ellis Island jest więc bardzo aktualnym symbolem i nadal czytelną przestrogą.
            Małgorzata Szejnert zauważa: „H.G. Welles, na którym Ellis Island zrobiła wielkie wrażenie, wyznał w książce »The Future in America«: »I zawsze sobie mówiłem 'Pamiętaj o imigrantach; nie przestawaj mieć ich na uwadze'«. W miarę gromadzenia informacji przekonywałam się, że uwadze poświęconej imigrantom powinna towarzyszyć uwaga wobec tych, którzy ich przyjmowali (lub odrzucali)” (s. 278). Wnikliwe przyglądanie się obu stronom widać na każdej ze stron tej fascynującej książki. Szejnert nie tylko odtwarza historię kolejnych komisarzy imigracyjnych, osób z obsługi stacji imigracyjnej, niektórych przyjezdnych, ale też pokazuje relacje władzy i podległości wytwarzane na Ellis Island. Ci, którzy informowali o możliwości wjazdu do Ameryki lub o tym, że wjazd ów jest niemożliwy, w rzeczywistości decydowali o życiu milionów ludzi. Świadomość tak wielkiej władzy mogła rodzić bardzo różne postawy. Wspomniane miliony nie są żadną przesadą. Oddajmy głos Szejnert: „W latach 1892-1954 do portu nowojorskiego przypłynęło ponad szesnaście milionów sześciuset imigrantów. Przeważająca ich większość przeszła przez Ellis Island. Ponad sześciuset dziesięciu tysiącom odmówiono wstępu do Stanów Zjednoczonych. Wśród tych wykluczonych i odesłanych było między innymi: blisko dwieście dwadzieścia tysięcy osób mogących stanowić ciężar społeczny, ponad osiemdziesiąt tysięcy osób z defektami psychicznymi i fizycznymi, około czterdziestu tysięcy pracowników kontraktowych, prawie szesnaście tysięcy pasażerów na gapę, ponad trzynaście tysięcy sześciuset analfabetów, prawie osiem tysięcy osób złego prowadzenia i ponad trzystu wywrotowców” (s. 218-219). Powyższa statystyka pokazuje bardzo dobitnie, kogo nie traktowano jako gościa wyczekiwanego i dobrze widzianego. Podział odrzuconych na grupy tylko pozornie jest oczywisty i sprawia wrażenie czytelnej klasyfikacji.
            Jeśli jednak zastanowimy się nad tym, co przyczyniało się do tego, iż danej osoby nie akceptowano, odkrywamy, jak wiele zależało od tych, którzy stali po drugiej stronie i decydowali – potocznie rzecz ujmując – kto się nadaje, kto jest przydatny, kto nie będzie sprawiał kłopotów. Zważywszy na fakt, iż ilość ludzi obsługiwanych na Ellis Island była ogromna, odpowiedzialni za kwalifikowanie imigrantów nie mieli czasu na podmiotowe, indywidualne traktowanie. Szejnert przypomina, iż powstało nawet określenie - „sześciosekundowi”. Tyle czasu poświęcano jednemu człowiekowi i tyle czasu musiało wystarczyć, by zadecydować o całym jego życiu. Naznaczeni – w sposób dosłowny, gdyż podejrzanych o jakiś defekt brudzono kredą, i symboliczny, gdyż automatycznie mieli mniejsze szanse na pozytywne potraktowanie, przestawali być konkretnymi osobami, zamieniając się w bezimienną masę. Małgorzata Szejnert następująco opisuje ów proces odrealnienia i uprzedmiotowienia imigrantów: „Obliczono, że w dniach większego napływu, kiedy Ellis przyjmuje cztery-pięć tysięcy osób, każdy lekarz ma na zeskanowanie wzrokiem jednego człowieka mniej więcej sześć sekund. O doktorach inspekcyjnych, zwanych także liniowymi, mówi się coraz częściej – sześciosekundowi. Jeśli sześciosekundowy coś zauważy i uzna, że potrzebne są dalsze dokładniejsze badania, musi im nadać kierunek za pomocą kredy. Na ubraniu osoby podejrzanej o defekt psychiczny rysuje X. Jeśli defekt psychiczny jest bardzo prawdopodobny – ujmuje X w kółko. B to grzbiet (back), C – zapalenie spojówek (conjunctivitis), CT – jaglica (trachoma), E – inne choroby oczu (eyes), F – twarz (face), Ft – stopy (feet), G – wole (goiter), H – serce (heart), K – przepuklina (hernia), N – szyja (neck), P – badanie i płuca (physical and lungs), Pg – ciąża (pregnancy), Sc – skóra głowy (scalp), S – otępienie (senility). Czasem nie stosuje się kamuflażu, lecz maluje kredą całe słowo, na ogół na piersiach lub plecach imigranta: ręka, noga, skóra, paznokcie (krótki rzeczownik: nails)” (s. 70). Małgorzata Szejnert przytacza historię chłopca, którego jako jedynego z rodziny naznaczono kredą. By nie rozdzielono go z bliskimi, matka ściągnęła mu szybko płaszczyk, a że tego manewru nikt nie zauważył, całej rodzinie szczęśliwie udało się dostać do Stanów Zjednoczonych. Takie wydarzenia, często przytaczane przez autorkę, bardzo sugestywnie pokazują, jak wiele dramatów działo się na Ellis Island, jak wielu ludzi rozdzielono, jak wielu deportowano, choć nie mieli dokąd wracać.
            Historie zwykłych ludzi są szczególnie przejmujące, jak np. opowieść o mężach, którzy wypłynęli z Polski jako pierwsi, by przygotować miejsce żonom i dzieciom, a mogli się spotkać z nimi dopiero po wielu latach, bo cenzura przechwytywała i przetrzymywała ich listy. Gdzieś w tle wybrzmiewa więc tęsknota opuszczonych, rozpacz osamotnionych, ból tych, których życie legło w gruzach. Takim głosom, a właściwie ich prawie niesłyszalnemu echu, przygląda się Małgorzata Szejnert. Dzieląc się następującą wątpliwością: „Maud Mosher patrzy na kolejkę imigrantów oczyma pełnymi łez, doktor Victor Safford trzyma ironiczny dystans, być może obronny. Spokojnie łapie na sobie pchły z włoskiego statku (zostawiły mu czerwone kropki na szyi) i snuje myśl: czym różni się diagnozowanie automobilu, który chcemy kupić, od diagnozowania człowieka, którego mamy wpuścić do Stanów” (s. 67).
            Historia, którą opowiada Szejnert, została wzbogacona licznymi fotografiami. To także poruszające świadectwo tego, co działo się na Ellis Island, portret uwiecznionych w kadrze nadziei, lęku, przerażenia. Ale też – częściowo – zapis losów człowieka, który odegrał niebagatelną rolę w historii wyspy. Mowa tu o fotografie, który uwieczniał imigrantów i pracę tych, którzy kwalifikowali przybyszów jako zdatnych do zamieszkania w Stanach: „Augustus Sherman nie przepycha się przez ciżbę. Fotografuje ludzi, przed którymi na razie lub na zawsze zamknięto bramę do Ameryki i którzy czekają w pokojach zatrzymań. A ponieważ nigdy nie żałuje wysiłku i czasu, może ich oswoić, a potem namówić na pozowanie w kostiumach jak z najwspanialszej sceny operowej albo tylko w majtkach, jeśli ktoś ma taki wspaniały tors jak polski zapaśnik Zbyszko Cyganiewicz. Zybszko – napisał Sherman na odbitce czarnym atramentem i tak już zostało w albumach” (s. 61). Co ciekawe, człowiek dzięki któremu tak dużo możemy się dowiedzieć o Ellis Island – jego dokumentacja fotograficzna z perspektywy czasu okazała się bezcenna, nie pozostawia po sobie nic prócz zdjęć. Z informacji prywatnych wiemy jedynie, iż w trakcie nalotów w okresie trwania I wojny światowej zraniono jego kota. Małgorzata Szejnert zauważa: „Żył samotnie i dyskretnie. Ci, którzy zapamiętali go przede wszystkim jako człowieka z aparatem fotograficznym, zdziwiliby się, słysząc że jego dorobek to około dwustu pięćdziesięciu zdjęć. Dwieście pięćdziesiąt zdjęć przez mniej więcej ćwierć wieku. Dziesięć zdjęć rocznie. Nawet nie jedno na miesiąc. Tyle pozostawił. Ile naprawdę zrobił, ile zniszczył, bo był  niezadowolony – nikt nie wie” (s. 185). Dorobek też dziwić może nie tylko tych, którzy go pamiętali, ale też nas współczesnych. W dobie fotografii cyfrowej dwieście pięćdziesiąt fotografii przez ćwierć wieku brzmi wręcz niewiarygodnie, ale – paradoksalnie – budzi też szacunek: celebrowaniem chwili, umiejętnością i potrzebą nawiązania kontaktu z fotografowaną osobą, historycznym znaczeniem, artyzmem. W kontekście takiego skupienia na szczególe, jaki dostrzegamy u Shermana, innego znaczenia nabiera też ów kot – staje się równoprawnym elementem historii Ellis Island.
            „Wyspa klucz” to opowieść o ludziach, ale i o miejscu. Szejnert dokumentuje proces, kiedy to wyspa zamieszkana przez Indian Lenni Lenape i nazywana Wysą Mew zmienia swoich właścicieli. Staje się Wyspą Ostryg (z powodu otaczających ją ławic ostryg), następnie Wyspą Szubienicy (wieszano na niej piratów) i wreszcie Wyspą Ellisa – Ellis Island. Poszczególne części książki zatytułowane są: „Przypływ”, „Powódź”, „Zawieszenie”, „Kołysanie”, „Odpływ”, „Martwa fala” i „Poławiacze”. Określenia te świetnie korespondują z tym, co opisuje autorka – metafora przypływu i odpływu okazuje się przydatna i wykorzystać ją można dla opowiedzenia losów imigrantów. Ci zaś, dzięki Szejnert, odzyskują po latach głos. Autorka sprawdza się w roli przewodniczki – uważnej, cierpliwej, wyrozumiałej, inteligentnej, skupionej. Dzięki niej świat Ellis Island okazuje się nie tylko historią (także polską, bo przecież wielu Polaków pukało do amerykańskich bram), ale i teraźniejszością. Autorka inspiruje czytelnika do zastanowienia się nad sytuacją imigranta dzisiaj, nad podrzędnym statusem przyjezdnych, nad kategorią swoich i obcych, nad łatwością produkowania wykluczeń i wreszcie nad fałszowaniem przeszłości po to, by odpowiadała naszym oczekiwaniom i poglądom. Symptomatyczna dla tego ostatniego okazuje się anegdota opowiadająca o pierwszej imigrantce na Ellis Island i jej wyreżyserowanym przybyciu do Stanów: „To spośród najliczniejszej grupy narodowej powinno się wybrać inauguranta. Imigranci żydowscy nie nadają się jednak do roli rodziców chrzestnych nowej stacji imigracyjnej. Jej otwarcie nie może drażnić Ameryki. Uhonorowanie imigranta Żyda przysłużyłoby się najgorzej właśnie imigracji żydowskiej. Pierwszy gość Ellis Island powinien budzić ciepłe, przyjazne uczucia wobec nowych przybyszy. Annie Moore ma być bohaterką z bajki – schludnym Kopciuszkiem, który w Ameryce zostanie królową” (s. 23).
            Historia – można by rzec – zamyka koło. Obecnie opuszczona wyspa domaga się uwagi po raz kolejny. Tym razem zmusza do zadania pytania, co zrobić z przeszłością, jak uszanować tych, którzy Stany uznali za swoją drugą, wymarzoną, ojczyznę, jak nie zapomnieć tego, co przeżywali ludzie spoglądający z nadzieją na stojącą do nich tyłem Statuę Wolności? Zmusza też do zastanowienia się, co zrobić z ludźmi, dla których właśnie na Ellis Island życie się zaczynało lub kończyło, którzy – jeśli wierzyć Shirley Burden – nadal tu są: „Mój lęk przed wyspą pierzchnął. Spokój i cisza, które tu panowały, ułatwiały mi słuchanie tych duchów-przyjaciół. Mogłam otworzyć drzwi i wejść w ciemne miejsca bez dreszczu. Ale za każdym krokiem obracałam ramiona, by zobaczyć, kto mnie obserwuje. Nigdy nikogo nie widziałam, ale miałam pewność, że byli tu ludzie” (s. 229).

Małgorzata Szejnert, Wyspa klucz, Wyd. Znak, Kraków 2009.

[pierwodruk: "Portret" 2009, nr 28].

środa, 15 lutego 2012

O "Miłości, wojnie, rewolucji" Edwina Bendyka

Poniżej prezentujemy fragment recenzji książki Edwina Bendyka "Miłość, wojna, rewolucja" autorstwa Bożeny Brzostowskiej. Tekst ukazał się w "Portrecie" [2009, nr 29]:

Bożena Brzostowska

Lektura na czas kryzysu?

Postępujący proces „nijusyzacji” życia znieczulił uwagę społeczeństw, które przestały domagać się kompleksowego i motywowanego konkretami informowania. Wpłynęło to na również postępującą „samowolę” mediów, przejawiająca się w tym, iż informacje „produkowane” za ich pośrednictwem przypominają „bombę informacyjną”, wypełnioną zmetaforyzowaną mieszaniną, która „wybuchając” zaskakuje, szokuje, wprowadza odbiorców w stan zdumienia. Zaskoczenie wyparło informacyjność, jaka winna charakteryzować przekazy transmitowane przez media. Dodatkowo zmienił się również charakter dyskursu prowadzonego przez publikujących w prasie prestiżowej czy popularno-naukowej. Prezentowane tam polemiki, komentarze, zamiast wnikliwej analizy, poprzedzonej rzetelną kwerendą, mają postać zbanalizowanych wypowiedzi, niczym nie różniących się od treści rzutujących na atrakcyjność serwisów informacyjnych.
Opisane ujęcie, mimo że dominujące, bywa niekiedy przeciwstawiane wypowiedziom alternatywnym, różniącym się jeśli idzie o strukturę i treść. Odstępstwa od komunikacyjnej normy mediatyzowanego dyskursu rzadko bywają odnotowywane. Jeden z wyjątków, sankcjonujących jednak regułę stanowi książka Edwina Bendyka „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu”. Zbiór projektowany jak można sądzić po lekturze, dla odbiorcy negującego zastany i upowszechniony sposób informowania o świecie. Tak jakby dyskursywność miała charakterystykę modułową, a obraz świata zależał nie od dynamiki rzeczy, lecz ułożenia wcześniej spreparowanych ciągów wypowiedzi, komunikacyjnych prefabrykatów. Bendyk, można przypuszczać, wiedzie dyskurs z potencjalnym poszukującym odpowiedzi na pytania, dotyczące otaczającego świata rzadkim gatunkiem czytelnika. Takim, który być może zaprząta sobie umysł problematyką z tak abstrakcyjnych dla innych odbiorców obszarów, jak nauka, czy polityka, lecz wykraczających poza treści dostępne w pseudo wiedzowych i niby interaktywnych programach telewizyjnych. Czytelnik Bendyka mieć powinien istotną również kompetencję, polegającą na umiejętności odbioru rzeczywistości przez pryzmat ewolucji raczej, niż przemian skokowych, rewolucyjnych. Wskazując, nie na opozycję: stare-nowe, lecz myślenie wynikowe nawiązuje tym samy autor do stanowiska formułowane już choćby w „Antymatrixie…”
Analizowana tu pozycja różni się od przywołanej w kontekście rozważań na temat problematyki odbioru. Inną jest też przyjmowana przez Bendyka perspektywa kategoryzacyjna. Klucz do dyskusji o „Miłości, wojnie, rewolucji” to przepastne w rozumieniu możliwych wariantów interpretacji pojęcie wieloaspektowości. Charakteryzuje ona w opinii autora „Szkiców” każdy z podejmowanych problemów, przy czym w formułowanych konkluzjach są również obecne tej wieloaspektowości odbicia. Dlatego dziwić nie powinno, że Edwin Bendyk storni od jednoznacznych sądów i opinii. Ten sposób pisania sprawia, że czytelnik niejako pod przymusem wikłany jest w procesy refleksyjne. Staje wobec powyższego w obliczu, rzadko obecnie wykorzystywanej, w procesie komunikowania, otwartej struktury narracyjnej. [...]

Edwin Bendyk, Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu, Wyd. W.A.B., Warszawa 2009.

O książce "Antymatrix" Edwina Bendyka

Poniżej prezentujemy fragment recenzji książki Edwina Bendyka autorstwa Miłosza Babeckiego. Tekst ukazał się na łamach "Portretu on line" nr 7:

Miłosza Babecki

"Na początku był algorytm..."

[...] Konstrukcja zbioru esejów Edwina Bendyka wywołuje skojarzenia, które pozwalają patrzeć na publikację jak na ludzki organizm, zaś omawiane przemiany postrzegać jako podręcznik ewolucji naszego gatunku. Znajdzie w nich czytelnik wątki filozoficzne wywiedzione ze starożytności, socjologiczne wsparte analizami antropologicznymi, bazujące z kolei na determinizmie biologicznym, opisywane za pomocą modeli matematycznych i statystyki z uwzględnieniem praw fizyki i warunków początkowych, które zgodnie z teorią chaosu prowadzą do zaskakujących rezultatów. Poszczególne rozdziały mają charakter węzłów, przy czym każdy z nich pełni istotną dla dyskursu funkcję. Podobną funkcję pełniły w myśl teorii Stevena Mithena moduły, z których ma być zbudowany ludzki mózg. Każdy z nich pełnić ma zaprojektowane z góry funkcje: przy czym najistotniejsze są te „związane z inteligencją społeczną, techniczną i wiedzą biologiczną o źródłach pokarmu. Modułu te funkcjonowały niezależnie do czasu wykształcenia się mowy i gramatyki. To właśnie mowa połączyła owe moduły, integrując umysł, co z kolei wyzwoliło wybuchowy potencjał intelektualny. Człowiek-istota biologiczna stał się człowiekiem-istota społeczną” (s. 43). To założenie powoduje, że możliwe staje się formułowanie kolejnej teorii, w myśl której, mimo iż jak powiada Burszta „współczesny świat dzieli się nadal na terytoria narodowe (swoiste atole - przyp. M. B.) i wcale nie widać znaków, aby miało się to w wyobrażalnej przyszłości zmienić. To, co rozumie się pod pojęciem globalizacji, oznacza jednak, że procesy społeczne, ekonomiczne, kulturowe i demograficzne, z którymi mamy do czynienia w obrębie narodów, w coraz większym stopniu przekraczają tradycyjnie rozumiane granice narodowe i państwowe, identyfikowane dodatkowo z granicami odrębnych kultur” [dz. cyt, s. 158]. To zaś czyni zasadnym, w konsekwencji, spostrzeżenia Baudrillarda i Eco, wskazujących, iż efektem powiększającej się globalizacji jest powstawanie, czy wręcz budowanie hiperrzeczywistości, która niwelując granice kulturowe, pełni obok wielu innych funkcje supermarketu kultury [Por. książka G. Mathewsa, Supermarket kultury]. [...]
Matrix to macierz, symboliczne miejsce narodzin, Antymatrix byłby zatem ich zaprzeczeniem lub lepiej zwiastunem końca. Zdaje się jednak, że Antymatrix jest tym co nieodgadnione, a w połączeniu ze znanym i nazwanym buduje nowy świat, w którym istnienie warunkowane jest nazywaniem, ale za sprawą zupełnie nowych języków: sztucznych systemów umożliwiających programowanie maszyn tak długo, póki one same nie znajdą sposobu na uniezależnienie i samodzielną ekspansję. Jest zatem Matrix i Antymatrix symbolem jedności wszechświata konstytuowanego przez materię i antymaterię. Materię zbadaliśmy, usystematyzowaliśmy (tak nam się zdaje). W antymaterii, zwanej także ciemną materią, tkwi nowa, nieznana człowiekowi siła, będąca, być może, ogniwem napędzającym rewolucyjne przemiany, które stoją przed człowiekiem kolejnych stuleci. [...]

Edwin Bendyk, Antymarix. Człowiek w labiryncie sieci, Wyd. W.A.B, Warszawa 2004.

niedziela, 27 listopada 2011

O książce "Rewolucja rocka" Marcina Rychlewskiego

Spotkanie z dr. Marcinem Rychlewskim i dyskusja na temat rocka już za kilka dni. Spotkanie, o czym przypominamy, odbędzie się w środę 30 listopada o godz. 17. W ramach zapowiedzi i zachęty jeszcze jedna recenzja książki naszego gościa:

Piotr Przytuła

Anatomia rocka – konteksty i paradoksy gitarowej rewolucji

W swojej najnowszej publikacji, „Rewolucja rocka”, Marcin Rychlewski z naukowym i pełnym polotu zacięciem przeprowadza nas przez definicyjne niuanse kultury rockowej, wyjaśniając terminologiczne zawiłości tego niezwykłego zjawiska. Autor skutecznie rozprawia się z pojęciowym chaosem przez lata potęgowanym przez dziennikarzy muzycznych i teoretyków gatunku. Bardzo precyzyjnie, ale też w sposób ciekawy, kreśli mapę najważniejszych aspektów rocka.
Najbardziej chyba znaczącą właściwością muzyki rockowej jest według niego wielokodowość. Cecha ta, znana zapewne akademikom, choć nie zawsze uświadamiana przez fanów, pozwala tym drugim przypomnieć sobie, iż rock to nie tylko tekst i muzyka, ale też specyficzna ikonografia, zbiór form symbolicznych, buntowniczy etos, krytyczny sposób postrzegania świata czy zespół zachowań scenicznych oraz specyficzne instrumentarium. W tym kontekście autor zwraca szczególną uwagę na istotność nośnika, wraz z którym zmieniają się nie tylko techniczne, ale i psychologiczne aspekty odbioru muzyki.
Narracja, jaką prowadzi w swojej książce Rychlewski, stymulowana jest przez ekspozycję archetypicznych wręcz konfliktów: konformizm – bunt, klasycyzm – antyestetyzm, komercja – niezależność, perfekcja wykonania – spontaniczność, singiel – longplay i inne. Owe antynomie realizują się w dwóch najważniejszych dla muzyki rockowej przełomów: psychodeliczno-progresywnego i punkowo-nowofalowego. Dodać należy, iż to pierwszemu z nich autor przypisuje większe znaczenie, nie ukrywając swojej fascynacji art rockiem.
Ciekawie ujmuje też Rychlewski problem uwikłania rocka zarówno w kulturę „wysoką”, stanowiącą dla muzyków niewyczerpaną skarbnicę wzorców artystycznych, jak i w tę popularną, z której, nota bene, rock wyrasta. Muzyka rockowa jest w tym kontekście sferą wzajemnego oddziaływania różnych stylistyk i tekstów kultury, a tym samym najlepszą „reprezentantką” ponowoczesnego pluralizmu i odpowiedzią na zapotrzebowania zróżnicowanej publiczności.
Książka Rychlewskiego to świetny przykład nowego typu dyskursu akademickiego, stawiającego na przystępność przekazu bez rezygnacji dla wartości naukowej. Autorowi udało się znaleźć złoty środek pomiędzy akademickim dyskursem teoretycznym a intuicją i bezkompromisowym podejściem prawdziwego fana muzyki rockowej. Efektem jest publikacja, która zaspokoi zarówno krytyczne nastawienie grona naukowego, jak i intelektualne dociekania „zwykłych” odbiorców, chcących pogłębić wiedzę na temat ulubionych zespołów. „Rewolucja rocka” może także stanowić doskonałe uzupełnienie lektury wydanych właśnie biografii muzyków z „The Rolling Stones” i „The Beatles”, którzy, tak naprawdę, zdefiniowali współczesne oblicze gatunku.

Marcin Rychlewski, Rewolucja rocka. Semiotyczne wymiary elektrycznej ekstazy, Wyd. Oficynka, Gdańsk 2011.

środa, 23 listopada 2011

O "Rewolucji rocka" - w ramach zapowiedzi spotkania, które odbędzie się 30 XI

Ci, którzy zaglądają na naszą stronę i którzy śledzą doniesienia medialne, wiedzą doskonale, że już za tydzień 30 listopada (środa) gościć będziemy dr. Marcina Rychlewskiego, który opowie nam o "Przyjemności rocka". W ramach zapowiedzi kolejnej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą zamieszczamy recenzję najnowszej książki naszego gościa:

Bernadetta Darska

Rock to nie tylko muzyka

Gdańskie wydawnictwo Oficynka udowadnia, że można publikować książki naukowe, na które czytelnik czeka, których czytelnik jest ciekawy i które inspirują czytelnika do własnych poszukiwań. W 2010 roku ukazał się „Etnolog w Mieście Grzechu” Mariusza Czubaja, rok później „Rewolucja rocka” Marcina Rychlewskiego. W pierwszym przypadku mieliśmy do czynienia z prawdziwą czytelnicza gratką nie tylko dla miłośników powieści kryminalnej, w drugim z równie atrakcyjną opowieścią nie tylko dla wielbicieli rocka. Nie bez powodu akcentuję, że „nie tylko” – obie książki mogą bowiem zainteresować także tych, którzy nie czytają kryminałów lub muzykę traktują nie jako główną inspirację, co raczej element towarzyszący codziennej aktywności. Skoro więc jest to lektura i dla specjalistów, i dla laików, warto zwrócić uwagę na to, co czyni ów akademicki jednak dyskurs intrygującym i pociągającym. Rychlewski we wstępie wyjaśnia pojęcia wykorzystane w tytule. Pomijając fakt, iż są umocowane w historii rocka, warto zauważyć, że także wpływają na czytelniczy odbiór. Sformułowanie „rewolucja rocka” lub „elektryczna ekstaza” brzmi tak, że po prostu chce się to czytać. Sam tytuł, co oczywiste, to zaledwie preludium. Cóż zatem proponuje Marcin Rychlewski w swojej analizie? Autor nie ukrywa, że analizowanie rocka z perspektywy badacza kultury popularnej wiąże się w wieloma uprzedzeniami i uwikłaniami. Z pewnością należy tu wspomnieć o niechęci wobec popu w ogóle, o problemach ze zdefiniowaniem tego, co Rychlewski czyni przedmiotem swojej analizy, wreszcie o nieumiejętności traktowania rocka jako zjawiska i błędnej tendencji do przyglądania się częściom składowym bez kontekstu całości. Autor bardzo mocno akcentuje, że rock to nie tylko muzyka i tekst, ale także wizerunek artysty i jego odbiór medialny, odbiór społeczny, wpływ na obyczajowość czy okładki płyt. W książce znajdziemy wiele uporządkowań, z którymi znawca rocka mógłby zapewne polemizować (to zaleta!), zaś laik wiele się z nich uczy. Rychlewski skupia się także na znaczeniu nośników. Sposób rozpowszechniania muzyki wpływa na kreowanie zjawisk społecznych – rodzi się nowe, ale część tego, co było, bezpowrotnie odchodzi w przeszłość. Autor przygląda się nawiązaniom dostrzegalnym w muzyce rockowej, przejściu od kontestacji do komercji, zróżnicowaniu gatunkowemu, obecnej w muzyce intertekstualności, a także proponuje periodyzację art rocka, nurtu który interesuje go najbardziej. Widać, że Rychlewski zajmuje się rockiem ze znawstwem charakterystycznym dla badacza zagadnienia, ale i ze swobodą typową dla krytycznego odbiorcy zjawisk kultury. W efekcie przyjęty sposób narracji powoduje, że czyta się „Rewolucję rocka” z równie wielką pasją, z jaką została napisana. Warto!

Marcin Rychlewski, Rewolucja rocka. Semiotyczne wymiary elektrycznej ekstazy, Wyd. Oficynka, Gdańsk 2011.

czwartek, 29 września 2011

"Spiski" Wojciecha Kuczoka - recenzja

W ramach zapowiedzi spotkania z Wojciechem Kuczokiem zapraszamy do zapoznania się z recenzją jego najnowszej powieści:

Bernadetta Darska

Dojrzewanie

„Spiski” Wojciecha Kuczoka można z powodzeniem czytać w taki sposób, by w trakcie lektury odkrywać kolejne różnice między bohaterami i akcją jego najnowszej powieści a tym, co zostało opisane w „Gnoju”. O ile przed laty pisarz skupił się na pokazaniu dziecięcej traumy, a relacje między synem a ojcem zdefiniował na zasadzie opozycji ofiara kontra kat, o tyle w książce z podtytułem „Przygody tarzańskie” role ojca i syna zostają rozpisane zupełnie inaczej. Kuczok dzieli swoją opowieść na rozdziały opatrzone datą i skoncentrowane wokół jednego ważnego wydarzenia. Tym zaś może być zarówno mecz między Polską a Rosją wtedy, gdy komunizm trwa w najlepsze, ale i opętany pożądaniem niedźwiedź. Poszczególne części tej opowieści to odznaczenie ważnych etapów dorastania młodego bohatera. Od dziecka do mężczyzny – wedle tego schematu rozwija się akcja. Gdybyśmy jednak mieli do czynienia tylko z powieścią inicjacyjną, książka Kuczoka nie zasługiwałaby na tak dużą uwagę, jakiej jest warta. Tytuł „Spiski”, co zostaje podpowiedziane przez samego autora, można czytać na co najmniej trzy sposoby – to zapiski, odnotowane chwile, niekoniecznie ważne, ale przez sam fakt spisania urastające do rangi wartych zapamiętania; to miejscowość, do której bohater wraca – jako dziecko i jako dorosły; to wreszcie łatwość knucia, tworzenia sekretów, tęsknota za nieprzeciętnym, gdy zewsząd osacza coraz mocniej zwyczajność. Ojciec początkowo jest przewodnikiem, to on decyduje, jak spędzi wakacje rodzina, i to on nadaje kształt wakacjom. Szybko jednak okazuje się, że zmiana systemu obnaża absurdalność walki, do której mężczyzna się przyzwyczaił; demokracja otępia i osłabia, czyni bezużytecznym. Każdy kolejny protest ojca i próba zaakcentowania swojego miejsca w rzeczywistości kończy się porażką. Syn rośnie w siłę, ojciec poddaje się słabości. Uważny czytelnik przypomni sobie podobny wątek z innej, również w 2010 roku wydanej książki. Mam tu na myśli „Apokalypsis’89”. Jarosław Maślanek mógłby się jednak wiele nauczyć od Kuczoka – brawury językowej i lekkości narracyjnej, umiejętności snucia pasjonującej opowieści, mówienia rzeczy ważnych tam, gdzie pozornie niewiele się dzieje. Kuczok portretując środowisko górali zabiera głos w bardzo wielu kwestiach nurtujących nie tylko mieszkańców Tatr. „Spiski” można bowiem czytać jako opowieść o swojskości otwierającej się na obcość; jako historię nastoletnich fantazji, spełniających się w chwili przemiany chłopca w mężczyznę; jako świadectwo odchodzenia w przeszłość mitu cudzego i otwierania się na przyszłość, w której może być kształtowany mit własny. Znajdziemy tu także mnóstwo anegdot, które bawią i zachwycają, zwłaszcza że Kuczok mistrzowsko „używa” góralskiej gwary. Natkniemy się też na błyskotliwie zaprezentowanie absurdów religijno-kościelnych – przykładem może być zniknięcie opasek biodrowych z figur Chrystusa i sensacyjne odkrycie (sic!), że Zbawiciel ma genitalia, a także nagłe i równie zaskakujące ogołocenie Giewontu. Fragmenty te to prawdziwy majstersztyk. „Gnój”, czego nie trzeba przypominać, kończy się wielką katastrofą. Finał „Spisków” to pochwała spełnienia i znalezienia tej właściwej, poszukiwanej może po omacku, drogi. „Zapachniało życiem” (s. 274) – tak brzmi jedno z ostatnich zdań. Pachnie nim w całej tej opowieści, pachnie oszałamiająco. Warto!

Wojciech Kuczok, Spiski, Wyd. W.A.B., Warszawa 2010.

wtorek, 17 maja 2011

O powieści "Ku słońcu" Ingi Iwasiów

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy fragment recenzji z powieści "Ku słońcu":

Bernadetta Darska

Świat utraconych zapachów, obrazów i słów

„Ku słońcu” to powieść wyczekiwana przez tych, którzy dali się uwieść historii opowiedzianej w „Bambino”. Nie bez powodu używam tu określenia „uwieść”, bowiem w przypadku obu powieści sposób opowiadania wciąga czytelnika w rytm, któremu musi się poddać. Nie chodzi tu tylko o kwestie językowe, lecz i pączkującą kolejnymi odsłonami skupioną historię człowieka szczególnego, ale i uniwersalnego. To nie są nasze historie – taką deklaracją może asekurować się czytelnik „Bambina”. Szybko jednak odkryje, że jest w tych delikatnie, przyjaźnie, ale jednocześnie bez taryfy ulgowej portretowanych życiorysach coś z niego samego. Narracja Iwasiów nie tylko więc uwodzi, ale i wciąga czytelnika w rytm wydarzeń. […] Retrospektywna podróż w przeszłość niczego nie załatwi, ewentualnie może bardziej wszystko skomplikować. Dobrych odpowiedzi tak naprawdę nikt nie pomoże znaleźć. Trzeba samemu odkryć drogę do siebie i miejsce, które okaże się tym własnym. Wyrażona na ostatnich stronach „Bambina” nadzieja Uli, że być może Magdę ocali miasto, okazuje się złudna. Albo inaczej – źródłem wyzdrowienia na pewno nie będzie Szczecin. Choć w „Ku słońcu” Magda chodzi własnym śladami sprzed lat, to jednak nie udaje się jej stać na nowo kimś stąd. Jest obcą, choć zmuszoną do udawania, że rozpoznaje miejsce, w którym się znajduje. Retrospektywna opowieść, którą proponuje w „Ku słońcu” Iwasiów, nie jest więc wyciszeniem nostalgii i melancholijnym wejrzeniem we własną biografię sprzed lat. Autorka każe swoim bohaterom zmierzyć się nie tylko z tym, co było i co jest, ale też z problemem utraconej ciągłości. Magda i Tomek mają trudności z połączeniem tego, co jest ich wspólną pamięcią, z tym, co przeżyli oddzielnie i czego nie są w stanie odtworzyć na tyle dokładnie, by drugą osobę włączyć we wspomnienie, które nie jest jej udziałem. […] Magda wyjedzie ze Szczecina ze świadomością, że zostawia miejsce, w którym zamknęła się pewna część jej historii. Nie ma powodu, by się odwracać i rozpamiętywać. Wszystko to, co może dać jakąkolwiek odpowiedź, zawiera się w tym, co będzie. Symboliczne narodziny nowego życia kończą się więc Wielką Stypą. Tak bowiem można określić pobyt Magdy w Szczecinie.

Całość tekstu opublikowana jest na łamach „artPapieru” – 2010, nr 13 (157) z 1 lipca: http://artpapier.com/?pid=2&cid=1&aid=2510

O książce "Prywatne/publiczne. Gatunki pisarstwa kobiecego" pod red. Ingi Iwasiów

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy fragment recenzji z książki "Prywatne/publiczne. Gatunki pisarstwa kobiecego" pod redakcją Autorki:

Sławomir Buryła

W swoim imieniu


"Prywatne/publiczne. Gatunki pisarstwa kobiecego to cztery artykuły ułożone w porządku chronologicznym: od najwcześniejszego podejmującego zagadnienia związane z okresem Dwudziestolecia, przez wojnę, rzeczywistość PRL aż po zmierzch komunizmu. Tytuł (uwydatniając labilność sfery publicznej i prywatnej) znakomicie oddaje zawartość tematyczną najnowszej książki pod redakcją Ingi Iwasiów. [...]
Inga Iwasiów w artykule Powieść w obiegach. Lata osiemdziesiąte i kontynuacje spogląda na dzieła prozatorskie mówiące między innymi o politycznym zaangażowaniu kobiet, ich obecności w świecie wielkich wydarzeń politycznych jako na przekaz wyrażający podwójną perspektywę: podmiotowość autorki oraz resentymenty patriarchalne. W zgodzie z metodą feministyczną Iwasiów postrzega powieść polityczną jako z jednej strony tę, której nie da się czytać nie wychodząc poza tekst, pozostając jedynie w jego obrębie, a z drugiej dowodzącą, że każdy utwór jest w jakimś porządku polityczny, bo pozostaje w relacji „wobec wartości kanonicznych określonej kultury”. W niezwykle ciekawym szkicu Iwasiów najbardziej doniosłe wydają mi się rozpoznania dotyczące problematyki wciąż słabo zdiagnozowanej. Chodzi o formy obecności Polek w wielkich wydarzeniach XX wieku. Iwasiów koncentruje się na dwóch faktach z historii minionego stulecia – tragedii II wojny światowej oraz rzeczywistości PRL (od stalinizmu przez lata sześćdziesiąte po narodziny opozycji i ruchu „Solidarność”). Mimo pojawienia się w ostatnich latach kilku ważnych prac, czasy wojny, Holocaustu oglądane z pozycji kobiety wciąż pozostają terenem nierozpoznanym. [...]".

Całość tekstu do przeczytania w "FA-arcie" [2009, nr 1-2].

O powieści "Bambino" Ingi Iwasiów

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy fragment recenzji z powieści "Bambino":

Bernadetta Darska

Urok mlecznego baru

„Bambino” staje się rodzajem mitu założycielskiego powojennego Szczecina. To kobiety budują miasto od wewnątrz. Pracują, wiążą się z mężczyznami, decydują się nie wspominać wojny i uwierzyć w pokój, rodzą więc dzieci. To one ponoszą największe koszty – wyrzekając się marzeń, znosząc kolejne rozczarowania, przeżywając od nowa samotność. Iwasiów odpowiedzialnością za ich nieprzystosowanie obarcza przeszłość. Co prawda w czasie wojny można dużo wytrzymać (np. gwałty Rosjan), ale najtrudniejszym dziedzictwem okazuje się pamięć. To ona stygmatyzuje bohaterów potencjalnością przegranej.
Portret Szczecina okresu PRL-u to także zapis problemów z używaniem odpowiedniego języka. Ula zdaje się nie pamiętać języka niemieckiego, potem wyrzeka się też języka ciała. A gdy Stefan jako Żyd musi opuścić kraj w 1968 roku, Ulrike jakby kamienieje. Maria nie jest pewna, czy umie jeszcze mówić po rosyjsku, wątpi też, czy potrafi nadal używać języka miłości. Jan, mąż Marysi, zamienia słowa czułości w okrzyki nienawiści, rozmowy o życiu w debatowanie o polityce i o spiskach. Anna staje się strażniczką powagi małżeństwa i domową księgową przeliczającą każdy pieniądz na dobra materialne.

Całość tekstu do przeczytania w: „Nowa Kultura” [dodatek do „Dziennika”] z dn. 14 VIII 2008 r.

O powieści "Bambino" Ingi Iwasiów

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy fragment recenzji z powieści "Bambino":

Sławomir Buryła

Słodko-gorzki smak PRL

"[...] Umiejętność opowiadania oraz język odwołujący się do różnych rejestrów stylistycznych to niewątpliwie największe zalety Iwasiów. Bambino znakomicie parodiuje różne konwencje narracyjne. Komunikacyjna, prezentacyjna funkcja języka ustępuje niekiedy pola słowu włączonemu w plan gry, zabawy. „Dla Anny i Uli miejscem pracy jest bar »Bambino«, gdzie trafiają po zaliczeniu kilku innych barów. Bambino, bambino, bambino. Janek, też słodki na pierwszy rzut oka, ale i mężczyzna, jest ich konsumentem, Marysia lokatorką Uli. Bambini, bambino. Oto przypadkowy układ. Komplet poszerzy się później. O niezbędny element. Do życia. Mają ze sobą coś wspólnego: nie mają tu, w mieście, rodzin. Uklepują swoje życie, stykając się naskórkami z ludźmi stąd, zawierają przymierza, składają przysięgi”. Słowa „wymykają się” tu spod kontroli, korzystają z chwilowej wolności. Czy rzeczywiście jednak o zabawę tu chodzi? Po trosze może tak. Przede wszystkim jednak – jak sądzę – to próba językowego oddania młodości z właściwą jej dezynwolturą, niefrasobliwością. Język próbuje wyrażać stan duszy, naśladować emocje. Gdzie indziej (w scenie spotkania towarzyskiego w „Kameralnej”) stara się z kolei imitować lekkość tańca i stan nieznacznego upojenia alkoholowego.    
Kompozycja Bambino miejscami zdaje się przypominać pracę aparatu fotograficznego. Zwięzłe, lakoniczne zdania przywołują na myśl stop-klatki, z których każda odsłania inny fragment biografii bohatera. Czytając Bambino miałem wrażenie, jakby cały utwór przybierał postać kolekcji z rodzinnych albumów. Na skojarzenie takie naprowadzają charakterystycznie sformułowane tytuły poszczególnych rozdzialików (Polowanie na komary, 1972Rozwód, 1973Ich mała destabilizacja, 1974 – Lekcje muzyki, 1975 – Dzieci z adapterem „Bambino”, 1977 – Obiad w barze, 1978 – Samotny łowca, 1979 – W hotelowym pokoju – 1980, Dzieci i pozostali, 1981). Zbiory rodzinnych fotografii dokumentują nasze życie nie krok po kroku, ale wyrywkowo i nie zawsze jego najbardziej znaczące etapy. Niekiedy pojawiają się na nich sprawy drugorzędne, których prawdopodobnie zapomnielibyśmy, gdyby nie zaświadczające o nich zdjęcia. Układamy z tego sekwencje narracyjne, próbujemy włączyć w spójną opowieść. Wyłaniają się z niej portrety ludzi, zbiory zdarzeń.     
Świat Iwasiów jest gorzko-słodki. Nie gorzki i słodki, jak się to niekiedy mówi, ale gorzko-słodki, w którym radość i cierpienie są dokładnie wymieszane. Wygląda to tak, jakby w goryczy zawsze kryła się jakaś część „urody życia”. Nie zabraknie zapewne czytelników, którzy określą los Marii, Anny i Uli mianem nieudanego, wyjątkowo pogmatwanego i bez szansy na odmianę (Bambino „urywa się” w pewnym momencie, wraz dogorywaniem komunizmu, być może dlatego właśnie, że nic już się zmieni w życiu trzech kobiet). Powieść nie ma happy endu. Nie ma, bo Iwasiów nie jest sentymentalna, ale też daleko jej do popularnego ostatnimi laty w rodzimej prozie bohatera sfrustrowanego. Iwasiów zajmują przede wszystkim ludzie i ich biografie. Nie ubogaca jednak grona tych twórców, którzy namiętnie i z pasją eksploatują wnętrza swych postaci, nie przeprowadza psychologicznej wiwisekcji. Jest w tej materii dość oszczędna. Po lekturze Bambino chciałoby się rzec: Cóż, takie jest życie. [...] ". 

Całość tekstu do przeczytania w "Pograniczach" [2009, nr 1].

O zbiorze opowiadań Ingi Iwasiów pt. "Smaki i dotyki"

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy fragment recenzji ze zbioru opowiadań "Smaki i dotyki":

Bernadetta Darska

Ja-jedyna i ja-każda

"[...] Bohaterkami opowiadań Iwasiów są kobiety – te, które cierpią; które próbują bezskutecznie coś zmienić w swoim życiu; które szamocą się z otoczeniem i po omacku usiłują znaleźć drogę. Ruch, prowadzący do zmian, odbywa się zawsze za sprawą zderzenia z drugim człowiekiem. Tyle że kolejny krok do przodu zazwyczaj jeszcze mocniej obnaża samotność, zranione wnętrze i lęk przed tym, co ma się wydarzyć. Tak dzieje się z bohaterką Uczciwej transakcji, przeżywającą dramat Kopciuszka, który nigdy nie stanie się Królewną. Gra w miłość okazuje się bardzo szybko złudzeniem, bo Książę zamyka ją w klatce-pałacu nie z miłości, ale z wygody. Iwasiów z pojedynczej historii buduje historię metaforę. Prostytutka, spragniona tego, by być kochanką, szybko pozbędzie się złudzeń. Z pewnością nie ma szans na życiowe spełnienie, podobne do tego, jakie zafundował swojej bohaterce Witold Horwath w powieści Ultra Montana.
Kobieta u Iwasiów to ktoś o przypisanym na stałe statusie Obcego. W Smakach i dotykach znajdziemy wyraźną opozycję pomiędzy światem zewnętrznym a domem. Przestrzeń publiczna to na przykład mężczyźni z opowiadania Wąskie przejście, stojący w grupkach na ulicach i hojnie obdarzający kobiety taksującym spojrzeniem i wulgarnymi okrzykami. Dom stanowić ma ukojenie, namiastkę ochrony, ocalenia, tyle że szybko staje się więzieniem. Kobieta – skazana na wykorzenienie – nie ma więc wyboru: prywatność ją dusi, ogranicza, zewnętrze atakuje, zagraża. Obca dla świata jest także bohaterka Porady. Iwasiów sugestywnie opisuje los alkoholiczki i społeczną stygmatyzację kobiety, która walczy z nałogiem. Pijanemu mężczyźnie zwykło się wiele wybaczać, nietrzeźwa kobieta budzi tylko obrzydzenie. Motyw zmagania się z alkoholizmem pojawia się zresztą w kilku opowiadaniach. Wycofanie się na obrzeża samej siebie za sprawą wszytego esperalu daje zupełnie inną perspektywę – można patrzeć z boku nie tylko na innych, ale i na siebie. [...]".

Całość tekstu do przeczytania w "Nowych Książkach" [2006, nr 12].

piątek, 11 lutego 2011

O książce Jacka Leociaka "Ratowanie. Opowieści Polaków i Żydów"

Gośćmi piątej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będą dr Jacek Leociak i dr Dariusz Libionka. O szczegółach spotkania poinformujemy już niebawem, a póki co w ramach zapowiedzi lutowego spotkania zapraszamy do lektury:

Bernadetta Darska
Ślady 
Jacek Leociak skupia się w swojej książce na zaledwie kilku historiach. Nie dlatego jednak, co oczywiste, że to wystarczy. Wręcz przeciwnie, przywołane przez autora opowieści ratujących i ratowanych odsłaniają wieloznaczność i zniuansowanie tego, co zwykliśmy nazywać bohaterstwem, poświęceniem, a nawet świętością. Leociak, czemu dał dowód już we wcześniejszych publikacjach, umie pisać zajmująco, z wrażliwością i ze zrozumieniem dla swoich bohaterów. Unika łatwego kategoryzowania, dostrzegając konieczność zatrzymania się nad losem pojedynczego człowieka. Badając zgromadzone po wojnie świadectwa tych, którzy pomagali Żydom przetrwać wojnę, oraz świadectwa osób opowiadających o tym, jak ich ratowano, zwraca uwagę na względność pamięci, na możliwe rozbieżności w relacjach tych, którzy byli uczestnikami tej samej sytuacji, na środowisko, w którym się wyrastało i w którym potem się funkcjonowało, na trudności rodzące się wraz z chęcią kształtowania pamięci zbiorowej i na ograniczenia oraz wykluczenia z takiej chęci wynikające, na wymazywane z historii na zawsze dowody pamięci indywidualnej – znikające bezpowrotnie wraz z upływem czasu i śmiercią. Jacek Leociak pisze: „Polskiemu dyskursowi o pomocy wciąż zagrażają trzy demony. Demon rywalizacji (w martyrologii, w bezinteresowności, w szlachetności); demon statystyki (liczenie tych, którzy ratowali, i tych, którzy za ratowanie zostali zabici, aby dowieść tezy, że »im więcej, tym lepiej«); demon trywializacji (bo przecież masowość pomocy stawia pod znakiem zapytania podkreślaną wszem i wobec heroiczność czynu)” (s. 9). Autor pokazuje różne reakcje tych, którzy pomagali w czasie wojny, a po jej zakończeniu albo bezinteresownie deklarują, że nie chcą za swój czyn żadnej zapłaty, albo proszę o pomoc, bo sami są w katastrofalnej sytuacji finansowej, albo oczekują finansowego zadośćuczynienia w myśl założenia, że Żydzi mają wielkie bogactwa. Leociaka interesuje też język, za pomocą którego świadczy się o przeszłości. Jesteśmy więc świadkami rozpaczliwych błagań, wyniosłych słów, oskarżeń o skąpstwo, tęsknoty za niegdyś bliskimi ludźmi, ale i profesjonalnej analizy tego, co się stało. Szczególnie interesująca jest historia Żydów ukrywanych przez mężczyznę i kobietę dość podejrzanej proweniencji. Uciekający co prawda przetrwali, ale doświadczyli też wielu upokorzeń, m.in. rewizji osobistych, zamykania na kilka dni, gdy w mieszkaniu w najlepsze trwała libacja alkoholowa, znacznego zawyżania ceny za chleb, obraźliwych słów. Jest więc ratunek, ale ofiarom nie dano szansy na dobre wspomnienia. Przebywanie z tymi, od których zależało życie, jawi się jak kolejna gehenna na drodze do wyzwolenia. Warto także zatrzymać się przy części poświęconej ukrywaniu żydowskich dzieci i dorosłych w klasztorach. Leociak akcentuje, jak ważne w tym przypadku jest pamiętanie o ówczesnym stosunku Kościoła do Żydów. Katolicy decydujący się pomóc potencjalnie skazanym na śmierć tak naprawdę przeciwstawiali się temu, co głoszono z ambon. Oddajmy głos autorowi: „Pomagając Żydom, narażali się bowiem na konflikt sumienia: szli za głosem przykazania o bezwzględnej miłości bliźniego, przekraczając jednocześnie przedsoborowe nauczanie Kościoła katolickiego o Żydach jako obcych, wrogich i zagrażających duszy narodu polskiego” (s. 255). Praca Leociaka to odzyskiwanie pamięci, ocalanie od zapomnienia i ostrzeżenie przez poddawaniem się oczywistościom. Mądra i bardzo dobrze napisana.

Jacek Leociak, Ratowanie. Opowieści Polaków i Żydów, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

Pierwodruk „A to książka właśnie!”: http://bernadettadarska.blog.onet.pl/2,ID415919826,index.html

O książce Barbary Engelking i Dariusza Libionki „Żydzi w powstańczej Warszawie”

Gośćmi piątej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będą dr Jacek Leociak i dr Dariusz Libionka. O szczegółach spotkania poinformujemy już niebawem, a póki co w ramach zapowiedzi lutowego spotkania zapraszamy do lektury:

Sławomir Buryła

„Żydowscy” Kolumbowie

Nie jestem historykiem i nie czytałem Żydów w powstańczej Warszawie jako historyk. Nie trzeba jednak mieć wykształcenia historycznego, by docenić pracę, jaką wykonali Barbara Engelking i Dariusz Libionka przygotowując to monumentalne opracowanie. Oprócz materiałów wspomnieniowych i pamiętnikarskich (tych najnowszych i tych sprzed kilkudziesięciu lat) badacze sięgają po dokumenty zgromadzone między innymi w archiwach Żydowskiego Instytutu Historycznego, Yad Vashem, Archiwum Akt Nowych, Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego oraz relacje znajdujące się w Instytucie Pamięci Narodowej. Przedzierając się przez stosy zapisków rekonstruują niejedną biografię, dopowiadają fakty nieznane, przeprowadzają prywatne śledztwa tropiąc życiorysy ludzi, którzy wtedy znaleźli się w stolicy przenikniętej ideą buntu i pragnieniem zemsty. Należy podziwiać erudycję i maestrię, z jaką autorzy poruszają się w gąszczu skrupulatnie zebranych materiałów. […]
Zdawać by się mogło, że los żydowskich i polskich cywilów był w momencie wybuchu powstania taki sam. Ale tylko początkowo niesieni entuzjazmem jedni i drudzy poczuli się zjednoczeni, owładnięci tymi samymi marzeniami. Wydarzenia z 1 sierpnia oznaczały dla każdego z tych narodów co innego. Cytowany przez Engelking i Libionkę Alojzy Muraszko wspominał: „Pamiętam jeszcze teraz, jak niezwykle szczęśliwy i bezpieczny czułem się w środku strzelaniny i narastających walk”. Dla Żydów – poza nadzieją na rychłą wolność – dzień ten przynosił kres fali szantażystów i szmalcowników. Nie wszyscy jednak poczuli się bezpiecznie. Gdyby było inaczej, nie mielibyśmy do czynienia z tak liczną reprezentacją osób, które pozostawały na „aryjskich papierach”. Walcząc w szeregach Armii Krajowej, oddziałach Armii Ludowej czy Polskiej Armii Ludowej w większości nie zdecydowali się na ujawnienie prawdziwego nazwiska. Nie tyle jednak lękano się o własne życie, co obawiano drwin, napiętnowania, traktowania jako kogoś gorszego. Zwłaszcza ci Żydzi, którzy zdecydowali się walczyć z bronią w ręku narażeni byli na docinki kolegów wychowanych w przekonaniu, że jest to naród – zgodnie z polskim przysłowiem – zupełnie nie nadający się do walki. Tymczasem publikacje z ostatnich lat (ale i te wcześniejsze) pokazują, iż przejawów buntu wśród ludności żydowskiej w czasie wojny było dość dużo. Niemal każde getto miało swoją siatkę konspiracyjną, w większości z nich doszło do zbrojnego oporu lub wybuchu powstania. […]
W książce Engelking i Libionki o ciemnych stronach powstania traktuje rozdział trzeci (najmniejszy objętościowo) pt. Kontrowersje. Badacze – co godne pochwały – ostrożnie i w sposób niezwykle wyważony podchodzą do wszystkich przypadków „czarnych kart powstania”. Coraz realniejsze i nieuchronne widmo klęski, głód, rzezie RONA rodziły rozgoryczenie i przygnębienie. Obok gróźb i złorzeczeń kierowanych pod adresem rządu londyńskiego, dowódców i aliantów, pojawiły się też głosy, które za całe zło obwiniały Żydów. Wzmagała się podejrzliwość i wzajemna niechęć, które do pewnego stopnia były czymś zrozumiałym biorąc pod uwagę ogólną sytuację stolicy. Nie negując przypadków zbrodni, bandytyzmu, prześladowań, Engelking i Libionka wiele z nich opatrują znakami zapytania. […]

Barbara Engelking, Dariusz Libionka, Żydzi w powstańczej Warszawie, Warszawa 2009.

Całość tekstu możecie przeczytać w „Więzi” 2010, nr 4.


O książce Jacka Leociaka „Tekst wobec Zagłady (O relacjach z getta warszawskiego)”

Gośćmi piątej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będą dr Jacek Leociak i dr Dariusz Libionka. O szczegółach spotkania poinformujemy już niebawem, a póki co w ramach zapowiedzi lutowego spotkania zapraszamy do lektury:

Sławomir Buryła

„[…] We Wprowadzeniu Leociak wyraźnie zaznacza, że interesują go wyłącznie te relacje z getta, które powstawały w czasie wojny oraz pisane były na terenie getta lub za jego murami, po stronie aryjskiej. Można wnosić, iż w podobnym zabiegu badawczym kryje się - nie wyrażona wprawdzie wprost, ale ukryta - nadzieja, że dzienniki, listy, sprawozdania, zapisy kronikarskie tworzone w bezpośrednim sąsiedztwie wydarzeń ukazują pełniej rzeczywistość Zagłady. Obok ograniczenia przestrzennego i chronologicznego pojawia się inne: autor pracy zajmuje się tekstami o charakterze dokumentów osobistych. Jest to o tyle wartościowe założenie badawcze, że - jak stwierdza  Leociak - ta część pisemnych relacji z getta nie doczekała się jeszcze poważniejszego opracowania ze strony literaturoznawców.
Tekst wobec Zagłady dzieli się na dwie proporcjonalne całości. Odpowiedź na zasadnicze dla badacza pytanie: jak opisywać Zagładę, jakimi środkami ekspresji oddać coś, co zdaje się wymykać sferze języka (druga część książki), poprzedzona jest rozważaniami z dziedziny genologii, prezentacją autorów oraz nakreśleniem miejsc i sytuacji, w których spisywali oni swe osobiste wyznania. Trudno nie zgodzić się z Leociakiem, że czas i miejsce modyfikowały to, jak się opowiada […].
Z tego świata, który szanse przeżycia jednostki sprowadził do minimum przetrwały teksty. Dlaczego pisali, zapytuje badacz, skoro śmierć w świadomości wielu stanowiła jedyną realną drogę opuszczenia granic muru. Odpowiedzi - jak udowadnia autor - może być kilka. Niektóre narzucają się same, wynikają z tradycji pojmowania przekazu literackiego jako „utrwalania śladu po sobie”, ocalenia zdarzeń i własnych przeżyć przed erozją czasu. Ale pojawia się też innego rodzaju motywacja. Przede wszystkim pisanie traktowane jest jako nakaz wewnętrzny, powinność mająca wszelkie cechy misji religijnej. Przekazać prawdę o tych, którzy już mówić nie mogą. Równie silnie brzmi jednak inne rozumienie funkcji słowa. W relacjach z warszawskiego getta ich autorzy często odwołują się do kategorii sprawiedliwości z jednej strony, idei zemsty zaś – z drugiej (Celel Perechodnik Czy ja jestem mordercą?). Oczywiście, były też i inne powody wynikające bezpośrednio z nieludzkich warunków życia, jakie stworzyło getto. Dla wielu pisanie stanowiło ostatnią formę ratowania intymności. W zatłoczonych ulicach i mieszkaniach dzielnicy żydowskiej człowiek bardzo dotkliwie odczuwał obecność innych osób. Tak w tym przypadku jak w innych – Leociak wprowadza dużą ilość cytatów na potwierdzenie swej tezy. Należy to uznać za niewątpliwą zaletę Tekstu wobec Zagłady, zważywszy, iż olbrzymia część źródeł, na które powołuje się warszawski badacz, byłaby nieosiągalna dla czytelnika. Są to bowiem zbiory rękopisów i maszynopisów znajdujących się w archiwum Yad Vashem w Jerozolimie lub w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. […]”.

Jacek Leociak, Tekst wobec Zagłady.(O relacjach z getta warszawskiego). Wrocław 1997. Wydawnictwo „Leopoldinum” Fundacji dla Uniwersytetu Wrocławskiego, ss. 358, 4 nlb+1 wklejka. „Monografie Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej”. Rada Wydawnicza: Henryk Samsonowicz, Janusz Sławiński, Lech Szczucki. Seria Humanistyczna. Redaktor Serii: Janusz Degler. Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej.

Całość tekstu możecie przeczytać w „Pamiętniku Literackim” 1999, nr 4.

wtorek, 14 grudnia 2010

O książce "Dzisiaj narysujemy śmierć" Wojciecha Tochmana

Gościem czwartej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie jeden z najwybitniejszych polskich reporterów Wojciech Tochman. W ramach zapowiedzi spotkania, które odbędzie się 10 stycznia (szczegóły niebawem) prezentujemy recenzję z najnowszej książki Autora, zatytułowanej "Dzisiaj narysujemy śmierć":

Bernadetta Darska

Obowiązek

Od wydarzeń opisanych w tej książce nie możemy się odwrócić. Nie mamy prawa mówić, że ludobójstwo w Rwandzie jest zbyt straszne, że ogarnia nas lęk, że wolimy nie czytać – w domyśle „nie wiedzieć”. Tochman do niczego, co oczywiste, czytelnika nie zmusza. Gdy jednak zaczynamy lekturę, od razu wiemy, że nie da się od niej oderwać. Nie dlatego, że tak fascynująco pisze autor – choć z pewnością jego talent pisarski i reporterski ma znaczenie, gdy mowa o sugestywności przekazu. Nie dlatego też, że mamy do czynienia z relacją zapośredniczoną – Tochman w większości przypadków usuwa się na bok i tylko, a może aż, słucha. Pozwala ludziom opowiedzieć to, czego nie da się opowiedzieć. Czytając „Dzisiaj narysujemy śmierć” wewnętrznie milkniemy, a jednocześnie słyszymy gdzieś w oddali nieludzkie wycie tych, którzy będąc przed laty ofiarami i oprawcami teraz żyją obok siebie i udają normalność. Odkrywamy, że zbrodnia ludobójstwa nadal trwa – nie w sensie dosłownym, bo świst maczet umilkł, żyją jednak tysiące osób, dla których wystarczy chwila, by w wyobraźni i w pamięci wszystko wróciło na nowo. Czytając tom reportaży Tochmana łatwo ulec złudzeniu o wyższości Europy nad Afryką. Taką strategię obronną przed dopuszczeniem do siebie wiedzy o okrucieństwie może przyjąć niejeden odbiorca. Nic bardziej mylnego. Opisywane w tej książce zło w czystej postaci nie ma przyczyny, nie ma usprawiedliwienia, nie da się go zrozumieć. Raz obudzone nie znika. Przywrócenie normalności to tylko pozory – ofiara, z którą oprawca wita się uprzejmie, nie zapomni. Fałsz zwyczajnej codzienności naznaczony jest bólem i cierpieniem. Płaczą bez łez ciała ludzi, którzy ocaleli, płacze ziemia, która przyjęła tyle trupów, że sama stała się śmiercią.
Tochman nie ucieka od opisów mocnych, bardzo realistycznych, dojmująco wręcz bolesnych, jednocześnie jednak jest w tym przekazie pewna poetyckość. Teksty pomieszczone w tomie „Dzisiaj narysujemy śmierć” są przykładem znakomitej literatury, nie przestając jednocześnie być mistrzowskimi odsłonami reportażu. Non-fiction zamienia się tutaj w rodzaj opowieści z niewypowiedzianym, a przez to o wiele ważniejszym, przesłaniem, w rodzaj przypowieści, w sfabularyzowany traktat filozoficzny o złu. Zbrodni tej nie da się jednak wyjaśnić, nie da się zrozumieć tych, którzy po kilka godzin dziennie ścinali głowy tym, obok których żyli wcześniej bez większych waśni, nie da się usprawiedliwić kobiet Hutu, które z radością witały poczynania swoich mężczyzn, ciesząc się, że kobiety Tutsi są gwałcone i maltretowane. Rozdział drugi poświęcony losom kobiet jest zresztą szczególnie przejmujący. Tochman każe nam przyglądać się temu, co przydarzyło się ofiarom. Przytacza ich relacje, odsłania problem nie tylko upokorzenia cielesnego, ale i niemożność powrotu do czasu sprzed gwałtu. Odtwarza obrazy skatowanych ciał, którym nie dane było przeżyć. Pokazuje losy tych, które przetrwały, ale wewnętrznie już na zawsze są martwe. Kładzie nacisk na anonimowość doświadczanej traumy.
Tochmana interesuje nie tylko ofiara, ale i oprawca. Skupia swoją uwagę także na świadku – kimś, kto przyjmując niezaangażowaną pozycję obserwatora, tylko widział, ale wydaje mu się, że nie uczestniczył. Obojętność nie jest jednak stanem neutralnym. Niereagowanie jest winą. Warto zatrzymać się przy fragmentach, w których opisywana jest rola Kościoła katolickiego podczas interesujących nas wydarzeń w Rwandzie. Księża często nie chcą rozmawiać z reporterem, zwykle akcentują swoją bezradność. Symptomatyczny jest następujący epizod: przed kościołem słychać trzask rozłupywanych czaszek, a księża ukryci w domu parafialnym nie zastanawiają się, jak pomóc ludziom, lecz jak uratować Najświętszy Sakrament. Tochman nie oskarża, co trzeba zaznaczyć. Pozwala czytelnikowi ocenić obojętność. By jednak ocena nie była tak łatwa, w tle pojawia się coraz mocniej wybrzmiewające przekonanie: nikt, kto książkę czyta, nie wie, jak zachowałby się. Każdy pewnie powie, że nie byłby Hutu – nie mordowałby, nie gwałciłby, nie topił żyjących jeszcze ludzi w latrynach. Większość zapewni, że próbowałaby ratować ściganych jak zwierzęta Tutsi. Oni nie skrzywdziliby nawet muchy – tak tytułuje swoją książkę Slavenka Drakulić o zbrodniarzach w krajach byłej Jugosławii. Nie wiemy, co byśmy zrobili. Z taką świadomością zostawia nas Tochman. Wiemy tylko, jak chcielibyśmy się zachować. Wiemy też, że trudno nam pojąć, iż ludobójstwo w Rwandzie to nie czasy dalekie, znane tylko z podręczników historii, ale lata dziewięćdziesiąte XX wieku. Milkniemy. Paraliżuje nas strach, przerażenie, totalność zła. I świadomość, że o tym trzeba mówić – jak najwięcej, jak najgłośniej, jak najczęściej. Rwanda nie jest przykładem mrocznego wydania afrykańskiej egzotyki, która nas nie dotyczy. To jedna z odsłon człowieczeństwa. Musimy w to uwierzyć, bo bez wiary w tak wielkie zło dobro pozostanie bezradne.

Wojciech Tochman, Dzisiaj narysujemy śmierć, Wyd. Czarne, Wołowiec 2010.

wtorek, 2 listopada 2010

O książce „Media audiowizualne. Podręcznik akademicki” pod red. Wiesława Godzica

W 2010 roku ukazał się podręcznik akademicki zatytułowany „Media audiowizualne”. Redaktorem publikacji jest gość trzeciej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą prof. dr hab. Wiesław Godzic. Kilka słów o książce poniżej:


Bernadetta Darska
Przewodnik po współczesności

Podręcznik akademicki zatytułowany Media audiowizualne to pozycja zasługująca na uwagę z kilku co najmniej powodów. Nazwisko redaktora naukowego tej pozycji jest gwarantem nie tylko profesjonalizmu, merytoryczności i atrakcyjności przekazu. Wystarczy sięgnąć do innych publikacji firmowanych nazwiskiem Wiesława Godzica, by przekonać się, że powyższe cechy są w jego przypadku normą. Ale Media audiowizualne, zapewne także dzięki redaktorskiej wizji, to książka, która zachowując perspektywę historyczną, nie unika także wnikliwego badania teraźniejszości oraz uważnego spoglądania w przyszłość. Umiejętne łączenie tych trzech różnych sposobów opisu umożliwia portretowanie wrażliwe na niuanse, ale i zdolne do ogarnięcia całości – w efekcie szczegół służy uzupełnieniu stawianej tezy lub jej wzmocnieniu. Cecha ta wydaje się bardzo znacząca, bowiem współczesny badacz mediów audiowizualnych jest zmuszony do zmierzenia się z większą ilością problemów niż np. dwadzieścia lat temu. Wystarczy przywołać chociażby przykład Internetu, którego rozwój wielu badaczy zaskoczył, odsłaniając jednocześnie niemożność poznania nieustannie multiplikujących się odsłon tego akurat medium. Teksty pomieszczone w książce uwzględniają więc także zmianę, ruch, chaos – tak charakterystyczne dla współczesnych mediów.
Warto także zaznaczyć, że choć mamy do czynienia z podręcznikiem akademickim, autorzy unikają kategorycznych sądów, stawiają raczej na dyskusję i renegocjowanie niektórych problemów. […]

Całość tekstu można przeczytać w „Studiach Medioznawczych” 2010, nr 3.

O książce "Znani z tego, że są znani" Wiesława Godzica

Gościem listopadowej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie wybitny medioznawca prof. dr hab. Wiesław Godzic. W ramach zapowiedzi wykładu Profesora, który zostanie wygłoszony 25 listopada, prezentujemy poniżej recenzję z książki "Znani z tego, że są znani" (pierwodruk: "Portret" 2007, nr 25):

Marta Więckiewicz

Naukowe refleksje o „parciu na szkło”

            „Znani z tego, że są znani. Celebryci w kulturze tabloidów” to jedna z książek należących do serii wydawniczej „Popkultura i media”. Autorem publikacji i redaktorem naukowym całego cyklu jest profesor Wiesław Godzic, medioznawca i filmoznawca. Jego najbardziej znane książki to: „Oglądanie i inne przyjemności kultury popularnej”, „Rozumieć telewizję”, „Telewizja i jej gatunki po «Wielkim Bracie»”, „Telewizja jako kultura”. Dotychczas w serii „Popkultura i media” przygotowanej przez Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne ukazały się książki: „Życie codzienne z telewizorem” Mateusza Halawy, „Biodra Elvisa Presleya” Mariusza Czubaja i „Święty ład” Alberta Jawłowskiego.
            Cykl adresowany jest do studentów nauk społecznych (przede wszystkim antropologii i kulturoznawstwa), a także do wszystkich osób zainteresowanych mediami i współczesnymi zjawiskami społecznymi. Szczególnym, bo wymienionym z nazwiska, adresatem książki „Znani z tego, że są znani. Celebryci w kulturze tabloidów” jest premier Jarosław Kaczyński. Medioznawca zwraca uwagę na to, że politycy muszą znać mechanizmy kultury popularnej i wiedzieć, jakim społeczeństwem rządzą. Tymczasem premier Kaczyński jest, zdaniem autora, „zadufanym i przekonanym o swojej wyższości naiwnym krytykiem popkultury”. Politycy powinni wyciągnąć wnioski z przedstawionego przez Godzica faktu, że „głosy oddane w wyborach na niejedną partię polityczną zostały w Polsce przebite liczbą SMS-ów, przesłanych przez oglądających «Big Brothera» czy «Idola»”. 
            Książka „Znani z tego, że są znani. Celebryci w kulturze tabloidów” dotyczy ludzi określanych mianem celebrities i zjawisk z nimi związanych. Godzic twierdzi, że jeśli chcemy zrozumieć współczesną kulturę i siebie samych, musimy więcej mówić o „pozornie żałosnych reprezentacjach, o pozbawionych gustów niechlujnych wytworach medialnych”. Zygmunt Bauman nawiązał do wspomnianej tezy, pisząc w przedmowie do książki Godzica: „O kim to winniśmy mówić więcej? O owych dziwnych ludziach-zjawach zwanych celebrities, postaciach tak fizycznie dalekich a duchowo bliskich, obcych a wszak bardziej od najbliższych sąsiadów nam znanych, znanych nam i wszystkim niemal innym ludziom przez nas spotykanym...”.
            Godzic bada fenomen celebrities. Stara się wyjaśnić związek tabloidów z ludźmi znanymi z tego, że są znani. Następnie przechodzi do refleksji nad postacią Michała Wiśniewskiego, którego uważa za wzorcowego celebrytę. W kolejnych rozdziałach autor skupia się na zagadnieniach związanych z krótkotrwałą popularnością, uzyskiwaną chociażby dzięki udziałowi w programie „Taniec z gwiazdami”. Godzic analizuje również obecność problematyki celebrities w programie Ewy Drzyzgi „Rozmowy w toku”. W kolejnej części pracy wyodrębnia i opisuje różne kategorie celebrytów. Końcowy rozdział zawiera podsumowanie rozważań o tożsamości celebrities.
            Czytelników może razić słowo celebryta, które pojawia się w tytule książki. Językowi puryści zarzucali Godzicowi stworzenie „potworka językowego”. Tymczasem słowo celebryta nie zostało wymyślone przez medioznawcę. Pojawiło się już wcześniej w „Polityce”. Na łamach tego tygodnika we wrześniu 2006 roku Edyta Gietka pisała o sławnych ludziach, którzy przekraczają granice prywatności: sprzedają prasie kolorowej relacje ze swoich ślubów, publikują zdjęcia dzieci, zwołują konferencje prasowe, aby mówić o problemach małżeńskich. Dziennikarka zaproponowała spolszczenie słowa celebrities i tak powstało zaczerpnięte przez Godzica kontrowersyjne określenie: celebryci.
            Celebryta to osoba znana z tego, że jest dobrze znana. W 1961 roku taką definicję w książce „The Image: A Guide to Pseudo-Events in America” sformułował Daniel Boorstin. Choć od stworzenia definicji minęło wiele lat, nie straciła ona na aktualności. Godzic pisze: „Dawniej plotkowaliśmy z sąsiadami, dzisiaj plotkujemy z obcymi o obcych, ale przez tę czynność oni – obcy stają się dla nas bliżsi i bardziej swojscy”. Celebryci są jednocześnie znani i obcy, bliscy i dalecy. Dalecy i obcy, bo nie znamy ich osobiście. Bliscy i znani, bo o ich problemach osobistych wiemy niejednokrotnie więcej niż o trudnościach, z jakimi zmagają się nasi znajomi czy członkowie rodziny.
            Wytwórnią celebrities stał się program „Taniec z gwiazdami”, a jeszcze wcześniej – reality show „Big Brother”. Szczególne znaczenie „Wielkiego Brata” wynika z faktu, że nastąpiło tu przesunięcie granicy prywatności. Życie prywatne stało się życiem na pokaz. Jak napisał Mirosław Pęczak w recenzji książki Godzica na łamach „Polityki”: „Istotą gwiazdorstwa stało się sprzedawanie prywatności”. Celebryci pozwalają na naruszanie własnej prywatności.
            Polskie Badania Czytelnictwa prowadzone od lutego do lipca 2007 roku wykazały, że w pierwszej trójce najczęściej czytanych gazet są aż dwa tabloidy. „Gazeta Wyborcza” jest czytana przez 20,25 % respondentów, po „Fakt” sięga 19,17 % osób, a „Super Express” jest czytany przez 8,95 % badanych. Rok wcześniej liderem był „Fakt”, „Gazeta Wyborcza” znajdowała się na drugim, a „Super Express” – na trzecim miejscu. Jednym z powodów, dla których „Fakt” tak dobrze radzi sobie na rynku mediów, jest sposób traktowania przez gazetę problematyki celebrities. Ciekawe jest spostrzeżenie Godzica, że nazwa działu o celebrytach w „Fakcie” to „Ludzie”, a w „Super  Expressie” – „Gwiazdy”. Ta różnica wiele mówi o podejściu obu tabloidów do znanych osób.
            Wolimy traktować celebrities jako zwyczajnych ludzi niż jako bogów (ewentualnie traktujemy ich jako „bogów-na-wyciągnięcie-ręki”). Godzic pisze o celebrytach,: „To nie są postaci, których szat chcemy dotknąć, ani nie uważamy ich za jakiekolwiek wyrocznie czy autorytety”. Dzieje się tak dlatego, że celebrities są „spłoszone i niepewne swojej chwilowej popularności”. Medioznawca zauważa, że chęć bycia sławnym coraz częściej staje się motywem działań, jednak wciąż jest to motywacja ukrywana bądź wypierana. Autor stwierdza, że polskie celebrities mają kłopoty z postrzeganiem własnej popularności, ponieważ na ogół widzą ją jako kategorię opozycyjną wobec sztuki. Nie wypada być popularnym ani dążyć do popularności. 
            Zjawisko celebrities zaczyna być komentowane przez samą branżę. Świadczy o tym pojawienie się programu „Magiel towarzyski”, świadczą o tym niektóre odcinki programu „Rozmowy w toku”. K.A.S.A stworzył nawet piosenkę po tytułem „Znana (z tego, że jest znana)”. Dotyczy ona osoby znanej, ale nie do końca wiadomo skąd:
„Może ona reklamuje silikon.
Może gra w serialu, może znam ją stąd.
Może sama jest produktem, nie wiem, lecz
Chcę dowiedzieć wreszcie się kim ona jest”.
            Osoby, które chciałyby stać się celebrities, mogą książkę „Znani z tego, że są znani. Celebryci w kulturze tabloidów” potraktować jako podręcznik – podręcznik zawierający dość gorzkie dla celebrytów przesłanie. Celebrities są powoływani do życia i uśmiercani przez media. Ich żywot jest bardzo krótki. Godzic zauważa jednak, że w tej medialnej śmierci celebrities nie ma niczego tragicznego – jest to po prostu powrót danej osoby na właściwe miejsce w hierarchii społecznej.
            „Znani z tego, że są znani” to pierwsza w Polsce tak obszerna praca poświęcona celebrities. Refleksje dotyczące celebrytów są oparte na bogatym i precyzyjnie opisanym materiale (przede wszystkim są to publikacje prasowe i programy telewizyjne). Niewątpliwą zaletą książki jest umieszczenie analizowanych zagadnień w szerokim kontekście społeczno-kulturowym. Pozwala to w miarę precyzyjnie nazwać poszczególne problemy.
            Na uwagę zasługuje fakt, że autor nie tylko opisuje pewne zjawiska, ale i dogłębnie analizuje je, pokazuje mechanizmy nimi rządzące i ich przemiany. Zwraca między innymi uwagę na rozwój zjawiska celebrities. Już XVII-wieczne relacje o londyńskich dandysach mogą budzić pewne skojarzenia związane z celebrytami. Godzic zauważa, że zjawisko celebrities wywodzi się ze zjawiska gwiazd filmowych i jego początków należałoby szukać w amerykańskim przemyśle kinowym z pierwszej połowy XX wieku. Znany dziś kształt zjawiska celebrities to jednak produkt lat 90. ubiegłego stulecia.
            Wprowadzane przez Godzica rozróżnienia, np. pomiędzy gwiazdami filmowymi a celebrytami, są bardzo przydatne. Granice pomiędzy różnymi zjawiskami z dziedziny popkultury ulegają bowiem zatarciu. Nawet Beata Tyszkiewicz została przez jednego z internautów określona mianem „znana z tego, że jest znana”. Tabloidy i programy rozrywkowe tak silnie wpływają na świadomość konsumentów mediów, że dla części z nich inny świat zdaje się nie istnieć.
            Godzic twierdzi, że refleksja nad istotą zjawiska celebrities jest „podstawą do zrozumienia dynamiki mechanizmów kultury, w której żyjemy; że celebrities nie błyszczą na peryferiach kultury, ale w samym jej centrum; że nie są żałosnym marginesem, ale esencją kultury, jakiejkolwiek kultury – także wysokiej, także wtedy, gdy ta z jakichś powodów jest obrażona na jej popularną odmianę”. Autor konsekwentnie udowadnia tę na pozór kontrowersyjną tezę. Jest zdania, że celebrities tworzą nową sferę publiczną, a także są wytworem przemysłu kulturowego i w tym sensie stanowią również zagadnienie o charakterze ekonomicznym.
            W niektórych kręgach nie wypada przyznawać, że ogląda się „Taniec z gwiazdami” i nie wypada wiedzieć, kim jest Katarzyna Cichopek. Interesowanie się celebrities nie należy do dobrego tonu. Tymczasem Wiesław Godzic przekonuje, że potrzebne jest bliższe przyjrzenie się ludziom i zjawiskom, które dla znacznej części społeczeństwa wiele znaczą. Medioznawca uważa, że choć celebryta nie jest wielkim człowiekiem, a jedynie głośnym nazwiskiem, to może zaktywizować masy do pozytywnych działań.
            Książka „Znani z tego, że są znani. Celebryci w kulturze tabloidów” wiąże się z propagowaniem przez profesora Godzica edukacji medialnej. Podczas czatu w Wirtualnej Polsce badacz mówił o potrzebie budowania wrażliwości medialnej, wspomniał też o swojej walce o edukację telewizyjną i internetową. „Znani z tego, że są znani” to książka, która wpisuje się w ten nurt działań badacza, bo uczy w krytyczny sposób odbierać i analizować przekazy medialne.

Wiesław Godzic, Znani z tego, że są znani. Celebryci w kulturze tabloidów, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007.