Gościem czternastej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą był wybitny badacz poezji najnowszej oraz krytyk literacki prof. dr hab. Piotr Śliwiński. Spotkanie odbyło się 24 maja. Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji. Autorem zdjęć jest Piotr Przytuła.
Kortowskie Spotkania z Literaturą
poniedziałek, 28 maja 2012
środa, 16 maja 2012
Wybrane okładki książek prof. dr. hab. Piotra Śliwińskiego
Poniżej prezentujemy okładki wybranych książek prof. dr. hab. Piotra Śliwińskiego, gościa majowej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą:
24 V 2012 r. - prof. dr hab. Piotr Śliwiński - czternasta odsłona Kortowskich Spotkań z Literaturą
Uniwersytet Warmińsko Mazurski:
Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz Instytut Filologii Polskiej
zapraszają na
Kortowskie Spotkania z Literaturą 24 V 2012
(odsłona czternasta)
Miejsce: Wydział Humanistyczny, Aula Teatralna [przy wejściu głównym na prawo w stronę szatni], ul. Obitza 1 [Kortowo 2]
24 maja (czwartek) godz. 17.00 –
„Jak być młodym poetą? Jak pisać o młodości?” –
wykład prof. dr. hab. Piotra Śliwińskiego
prof. dr hab. Piotr Śliwiński – jeden z najwybitniejszych polskich historyków literatury i krytyków literackich, znawca i badacz poezji najnowszej. Przewodniczący Kapituły Nagrody Literackiej Gdynia. Pracownik naukowy Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autor wielu artykułów i książek krytycznoliterackich (m.in. „Przygody z wolnością. Uwagi o poezji współczesnej”, „Świat na brudno. Szkice o poezji i krytyce”), współautor „Literatury polskiej XX wieku” (razem z Anną Legeżyńską i Bogumiłą Kaniewską), „Literatury polskiej 1976-1998” (razem z Przemysławem Czaplińskim) i „Poezji polskiej po 1968 roku” (razem z Anną Legeżyńską).
Patronat honorowy: JM Rektor UWM prof. dr hab. Józef Górniewicz
Patronat medialny: Radio UWM FM, TVP Olsztyn i „Nasz Olsztyniak”
poniedziałek, 14 maja 2012
Krytyk w czasach postliteratury. Z dr. Dariuszem Nowackim rozmawia Daria Bruszewska
| fot. Piotr Przytuła |
Osiem lat temu w książce Wielkie Wczoraj pisał Pan, że proza fikcjonalna nie cieszy się takim autorytetem i zainteresowaniem odbiorców, jak dawniej. Jej miejsce zastępują gatunki dyskursywne. Obecnie tendencja ta wydaje się przybierać na sile. Czy jest to dowód słabości literatury pięknej?
Proza dyskursywna to pojęcie dość mylące, ponieważ w pierwszej kolejności odsyła nas do eseju czy – ogólnie – zaawansowanej refleksji intelektualnej. Lektura tego typu – tak dziesięć lat temu, jak i dziś – to doświadczenie mimo wszystko elitarne. Należałoby raczej mówić o popularnej prozie non-fiction, ze szczególnym uwzględnieniem biografii i autobiografii. Nie jest chyba kwestią przypadku, że opowieść o życiu Danuty Wałęsy sprzedała się w nakładzie przekraczającym 300 tys. egzemplarzy; biografia Steve’a Jobsa również wdarła się na szczyt listy bestsellerów. Właśnie ku takim tekstom przesunęło się zainteresowanie odbiorców. Jak to rozumieć? Niektórzy powiadają, że to kwestia koniunktury i cykliczności. Przywołując znany tekst Jerzego Jarzębskiego, moglibyśmy chyba mówić o kolejnej karierze autentyku. Albo o zmęczeniu fikcją, po którym nastąpi – to już inna parafraza – triumfalny powrót literackiego zmyślenia. Cóż, zjawisko na pewno jest tajemnicze. Osobiście podejrzewam, że na przeszkodzie może stać język. Otóż w miarę masowy czytelnik, np. ten czytający opowieść o życiu pani Danuty bądź Jobsa, najpewniej ulega słodkiemu złudzeniu, że dotyka czyjegoś losu, widzi ten los, by tak rzec, w skali jeden do jeden, w pełnym oświetleniu, podany na tacy. Czyli że co? Słowa przylegają do rzeczy? Język jest przezroczysty? Nie wikła się w metafory, nie rozbija o inne „udziwnienia”? Podejrzewam, iż wzięcie, jakim cieszy się proza non-fiction, jakoś tam wiąże się z lekturą bezproblemową, ułatwioną. Słowem, czytamy, ale nie chcemy, żeby tekst stawiał nam opór.
Z drugiej strony mamy jednak reportaż, który też przecież mieści się w kręgu non-fiction. Gatunek ten nie trafia może regularnie na pierwsze miejsca list bestsellerów, ale należy do wyjątkowo dobrze ocenianych, a nakłady także są imponujące. Może zatem o losach książek decyduje nie tyle język wypowiedzi, ile przekonanie, że prawda jest ciekawsza niż fikcja?
Owszem – reportaż trzyma się mocno. I co najważniejsze – jest to proza mocno zróżnicowana, ma też swoje szlachetne skrzydło. No dobrze, ale z czego wynika przekonanie, że tzw. prawda jest ciekawsza od fikcji? Jestem wobec tej wątpliwości bezradny, przysięgam, że nie potrafię odpowiedzieć. Być może chodzi o przewagę podglądania (tzw. życia) nad przyglądaniem się kreacji. Przykład to może ryzykowny, ale trudno... raz kozie śmierć. Otóż przeczytałem w pewnym opracowaniu, że największym wzięciem, jeśli idzie o pornografię, cieszą się dziś filmy typu home-made, czyli przedstawienia zrealizowane przy użyciu tanich kamer cyfrowych, w tym kamerek w laptopach lub telefonach komórkowych, wrzucane następnie do sieci. Słowem, konsumenci pornografii odchodzą od inscenizacji, wybierając real, stawiają na „fakty” podpatrzone, preferują obrazy (sekwencje fabularne) rzekomo wydarte rzeczywistości. A zatem ulegają złudzeniu, że to, co podpatrzone, jest bardziej realne czy wiarygodne od tego, co „zostało zrobione”. Kłopot poznawczy polega na tym, że to, co „autentyczne”, wzięło się z naśladownictwa tego, co „zrobione”. Bo niby skąd parki kopulujące przed włączoną kamerką, wiedzą, jak to robić?
W rozmowie z Robertem Ostaszewskim wskazał pan trzy powody, dzięki którym można „rządzić w literaturze”. Są nimi zasiedzenie (a więc kryterium wieku, długiego trwania w świadomości odbiorców), rozgłos medialny (często związany ze skandalem) i swego rodzaju snobizm czytelników. Czy po kilku latach, które minęły od tamtej rozmowy, można dodać jeszcze jakiś?
| fot. Piotr Przytuła |
O tych trzech przesłankach powiedziałem całkiem spontanicznie, właśnie w rozmowie. Żadna to tedy socjologia literatury, po prostu zwykła intuicja. Myślę, że do podtrzymania. Przypomnę, że chodziło o trzy formy dobrej obecności, które na użytek tamtej i tej rozmowy można by przedstawić (i zarazem przeprosić za to przedstawienie) jako trzy gęby: żywego klasyka, pieszczocha mediów oraz geniusza funkcjonującego gdzieś na uboczu, podziwianego w wąskich kręgach wtajemniczonych.
Kto współcześnie dokonuje „namaszczenia” pisarzy? Odbiorcy, krytycy, wydawnictwa?
Rozumiem, że „namaścić” znaczy tu: wyróżnić, postawić na świeczniku. Teoretycznie każda z tych instancji, lecz na pewno w różnym zakresie. Trzeba też uwzględnić specyfikę obiegu komunikacyjnego. Weźmy krytyków. Ich (nasz) głos znaczy niewiele w przestrzeni masowej komunikacji, ale w obiegu niszowym nadal ma znaczenie fundamentalne; dajmy na to w domenie poezji. Uprzywilejowana, bez mała „królewska” pozycja takich poetów, jak Andrzej Sosnowski czy Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki nie byłaby możliwa bez wsparcia krytycznoliterackiego. Mamy twórców podziwianych i szanowanych, i jednocześnie lekceważonych, poniekąd słusznie, przez biznes wydawniczy (to np. casus Adama Wiedemanna). Przy okazji – w ostatnich latach zaznaczyła się ta oto prawidłowość, że duże oficyny nie troszczą się już o „honor domu”. Gdzie te piękne czasy, kiedy to Wydawnictwo W.A.B. wspierało ekskluzywną prozę Magdaleny Tulli (ostatnią swoją książkę, Włoskie szpilki, Tulli opublikowała w wydawnictwie – nomen omen – Nisza). Wracając do pytania – oczywiście najsilniej i najskuteczniej „namaszczają” czytelnicy, którzy przecież głosują swoimi portfelami (przy kasie w księgarni).
W tym głosowaniu często wygrywają ci, którym rozgłos zapewnili specjaliści od marketingu. Po sukcesie Masłowskiej hasłem reklamowym stało się nazywanie książki „pierwszą” w jakiejś kategorii. Mieliśmy też wysyp polskich „odpowiedników” – w tym, między innymi, polską Bridget Jones. Dostrzega Pan jakieś nowe tendencje w tym zakresie?
Zabiegi, o których pani mówi, są stare i zużyte. Dość przypomnieć, że od „sensacyjnego” (cudzysłów konieczny) debiutu Doroty Masłowskiej minie za chwilę 10 lat, a od poszukiwania polskiej Bridget lat 15. Sądzę, że repertuar chwytów promocyjnych jest mniej więcej stały; jakichś nowych, niekonwencjonalnych sztuczek nie spostrzegłem.
Po roku 1989 pojawiła się w Polsce dyskusja na temat nie tylko literatury, ale i krytyki. Zmiany w statusie krytyka ujawniają się już w samych tytułach książek o charakterze krytycznoliterackim – swoją nazwał Pan Zawód: czytelnik, a Anna Legeżyńska ma na swoim koncie publikację zatytułowaną Krytyk jako domokrążca. Kim jest, albo kim być powinien, współczesny krytyk?
Krytyk literacki nie może już świadczyć usług dla ludności w dawnym rozumieniu – kiedy czytał jako delegat publiczności kulturalnej i był zobowiązany do dostarczenia sprawozdania z lektury. W zależności od wymowy owego sprawozdania czytelnik podejmował decyzję: warto lub nie warto przeczytać. W epoce późnej nowoczesności, w społeczeństwie konsumpcyjnym, gdzie każdy czyta, co chce i jak chce, dawna pozycja krytyka jest nie do utrzymania. Trzeba zapomnieć o funkcji pasa transmisyjnego – czy to pomiędzy ruchem wydawniczym i publicznością, czy to między światem pisarzy i światem czytelników. Obawiam się, że potrafię odpowiedzieć tylko negatywnie – to znaczy, wiem, kim być nie mogę, a także nie chcę. Ale czy moje (i innych współczesnych krytyków) kłopoty z tożsamością mogą być dla kogoś interesujące? Nie sądzę. Może tylko jedna uwaga: formułę „zawód: czytelnik” należy traktować historycznie. Proszę pamiętać, że ukułem ją w drugiej połowie lat 90. ubiegłego wieku. To był zupełnie inny czas, z dzisiejszej perspektywy widać, że przebogaty i wielce obiecujący, po prostu dobry czas dla literatury zwanej piękną i osób – takich jak ja – wokół niej się krzątających. Byłem podówczas przekonany, że moje pisanie o polskiej prozie jest potrzebne, że istnieje społeczne zapotrzebowanie na eksperta w tej dziedzinie. O tym, że mi się nie ubzdurało, niech świadczy liczba i rozmaitość czasopism, w których pojawiły się pierwodruki tekstów, jakie później wypełniły moją książkę.
Liczba czasopism, w których mógł wypowiedzieć się krytyk, znacznie się zmniejszyła. Przeglądając Pospolite ruszenie pod redakcją Piotra Mareckiego, czy zaglądając na internetową Witrynę Czasopism, można tylko ze smutkiem kiwać głową…
Bez wątpienia „złoty wiek” czasopiśmiennictwa mamy za sobą. Ale też wyznam pani, że duszę mam rozdartą. Nie wiem, co lepsze: wiele tytułów bez czytelników, czy mniej tytułów z czytelnikami. Przecież zapaść, która ujawniła się ok. roku 2000, właśnie na tym polegała – zaczęliśmy liczyć tych, którzy nas czytają, potrzebują. No i okazało się, że jesteśmy – autorzy i redaktorzy – dramatycznie osamotnieni. Zapaść czasopiśmiennicza jest szczególnie dotkliwa dla krytyki literackiej, co najmniej z dwu powodów. Po pierwsze, niepodobna dyskutować o nowościach wydawniczych, kiedy od ukazania się książki do jej omówienia mija rok albo i dwa lata, a takie poślizgi to dzisiaj norma (większość ukazujących się obecnie kwartalników to w istocie nieregularniki). Po drugie, w krytyce literackiej – jestem o tym święcie przekonany – ilość przechodzi w jakość. Ze stu napisanych przez różnych autorów (w niewielkim przedziale czasu) szkiców czy esejów można wybrać pięć wyśmienitych i wykorzystać w każdej antologii. Jeżeli ktoś para się głównie recenzowaniem, w ciemno założyć można, że jego (jej) czterdziesty czy pięćdziesiąty tekst będzie naprawdę mistrzowski, także do wykorzystania w każdej antologii, do pokazywania pretendentom, jak to się powinno robić. Sęk w tym, że gdzieś owa jakość musi się wykuwać. Mówiąc najprościej, trzeba publikować, i to regularnie; jeśli nie raz w miesiącu, to dwa razy na kwartał koniecznie.
Ciekawym zjawiskiem na gruncie krytyki jest powstanie fenomenu recenzentów – amatorów, publikujących w Internecie. Blogi książkowe cieszą się zainteresowaniem odbiorców, a ich autorzy – autorytetem, którym coraz rzadziej obdarzani są specjaliści. Skąd ta nieufność wobec zawodowców?
| fot. Piotr Przytuła |
W latach 90. istniała jeszcze opozycja: amator – zawodowiec. Dziś jest to dystynkcja nie do utrzymania – mój głos znaczy dokładnie tyle samo, co głos anonimowego blogera. Pozwolę sobie jednak nie zgodzić się z panią: blogi recenzenckie wcale nie są potrzebne odbiorcom (konsumentom), lecz biznesowi wydawniczemu. Sukces sieciowej krytyki wynika nade wszystko z lęku przed opiniodawczą zapaścią, przed ciszą. Z powodów wizerunkowych duże oficyny wydawnicze, choć te średnie także, nie mogą przyznać się do tego, że ich produkty trafiają w konsumencką próżnię. Ktoś musi potwierdzać sens ich wysiłków, zapewniać, że książka żyje i jest atrakcyjna. Dlatego z taką ochotą posyłają egzemplarze recenzyjne (tzw. gratisy) każdemu, kto się do nich zgłosi. Owa praktyka (nazwijmy ją krytyką obywatelską – per analogiam do dziennikarstwa obywatelskiego) to swoisty crowdsourcing, czyli nieformalne, poniekąd utajone powierzanie zadań anonimowej społeczności, eliminujące z rynku licencjonowanych rzemieślników. Nie kryję, że myślę tu o sobie, roszczeniowo i egoistycznie… trochę jak działacz Samoobrony przywiązany do własnego PGR-u. Oczywiście żartuję, acz może nie do końca.
Niezwykle opiniotwórczy są również celebryci – ich jednozdaniowa sugestia zmienia oblicze listy bestsellerów. Krzysztof Biedrzycki poddał natomiast analizie kwestię bytowania krytyków w telewizji i udowadnia, że ci, którzy pojawiają się w tym medium stają przed koniecznością dostosowania się do jego wymogów. Czy zostanie medialnym ekspertem pomaga krytykowi rozwinąć skrzydła?
Sama pani widzi, jak szybko zmieniają się porządki w kulturze. Wspomniany przez panią Krzysztof Biedrzycki wygłosił swój tekst na konferencji w r. 2006 (wydrukowany w książce zbiorowej z datą 2007), pięć czy sześć lat później zupełnie nieaktualny. Gdzie te audycje telewizyjne poświęcone nowościom wydawniczym? Nie ma ich od dawna… Wnikliwie analizowany przez Biedrzyckiego program Kazimiery Szczuki i Krzysztofa Kłosińskiego spadł z anteny TVN-u bodaj w tej samej chwili, w której mogliśmy przeczytać artykuł Krytyk w telewizji. Ale mniejsza o komercyjny TVN. Zapytajmy, dlaczego telewizja publiczna, w tym TVP Kultura, od lat nie ma sensownej audycji literackiej. Skandal? Niekoniecznie – raczej prawda o naszych ponurych czasach, postliterackich raczej. Pani pytanie o medialnego eksperta – obawiam się – wisi w próżni.
Dziękuję za rozmowę.
sobota, 5 maja 2012
Fotorelacja ze spotkania z dr. Dariuszem Nowackim
25 kwietnia w ramach trzynastej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą gościliśmy dr. Dariusza Nowackiego. Poniżej prezentujemy fotorelację ze spotkania. Autorem zdjęć jest Piotr Przytuła. Zapraszamy do oglądania!
piątek, 27 kwietnia 2012
O spotkaniu z dr. Dariuszem Nowackim w TVP Olsztyn
W środę 25 kwietnia w ramach Kortowskich Spotkań z Literaturą gościliśmy dr. Dariusza Nowackiego. Dzień później w Informacjach w TVP Olsztyn mogliście obejrzeć materiał z tego wydarzenia. Relację z trzynastej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą można obejrzeć pod adresem: http://www.tvp.pl/olsztyn/informacja/informacje/wideo/26412-godz-2145/7193375
niedziela, 22 kwietnia 2012
Rozmowa z dr. Dariuszem Nowackim w "Naszym Olsztyniaku"
W ramach zapowiedzi najbliższej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą w niedzielnym wydaniu "Naszego Olsztyniaka" (2012, nr 913) możecie przeczytać rozmowę z dr. Dariuszem Nowackim. Krytyk literacki, który odwiedzi nas w środę 25 kwietnia, w rozmowie z Adą Romanowską stwierdza m.in.: "Z punktu widzenia mediów literatura, zwłaszcza ta fikcjonalna, nie jest ważna. Skoro jakieś 90 procent populacji nie czyta, to chyba rzeczywiście nie jest istotna. [...] Literatura przesunęła się w stronę subkultury, realizuje się z niszy, a może i w undergroundzie. Weszliśmy w epokę postliteracką czy - szerzej - posthumanistyczną. A jeśli kogoś przeraża przedrostek "post", może go sobie zamienić na słówko "marginalny". Bo przecież nie chodzi o żaden kres literatury. Idzie wyłącznie o to, że w społeczeństwach późnej nowoczesności komunikacja literacka utraciła swoje uprzywilejowane miejsce. Literatura cały czas powstaje, krąży i oddziałuje, ale właśnie na marginesie".
Całość rozmowy, zatytułowanej "Słowo na marginesie", możecie przeczytać pod adresem: http://m.wm.pl/gofiles/NAOL_10.pdf
Całość rozmowy, zatytułowanej "Słowo na marginesie", możecie przeczytać pod adresem: http://m.wm.pl/gofiles/NAOL_10.pdf
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Trzynasta odsłona Kortowskich Spotkań z Literaturą - wykład dr. Dariusza Nowackiego
Uniwersytet Warmińsko Mazurski:
Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz Instytut Filologii Polskiej
zapraszają na
Kortowskie Spotkania z Literaturą 25 IV 2012
(odsłona trzynasta)
Miejsce: Wydział Humanistyczny, Aula Teatralna [przy wejściu głównym na prawo w stronę szatni], ul. Obitza 1 [Kortowo 2]
25 kwietnia (środa) godz. 15.00 –
„Twarz i dzieło. Pisarze wśród mediów masowych” –
wykład dr. Dariusza Nowackiego
Dr Dariusz Nowacki – jeden z najwybitniejszych polskich krytyków literackich. Był jurorem Nagrody Literackiej Nike. Pracownik naukowy Uniwersytetu Śląskiego. Redaktor kwartalnika kulturalnego „Opcje”. Laureat Nagrody im. Ludwika Frydego. Autor m.in. takich książek jak „Zawód: czytelnik. Notatki o prozie lat 90.”, „Wielkie Wczoraj”, „Kto im dał skrzydła. Uwagi o prozie, dramacie i krytyce (2001-2010)”.
Patronat honorowy: JM Rektor UWM prof. dr hab. Józef Górniewicz
Patronat medialny: Radio UWM FM, TVP Olsztyn i „Nasz Olsztyniak”
niedziela, 15 kwietnia 2012
Dr Dariusz Nowacki gościem kwietniowej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą
Gościem trzynastej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie dr Dariusz Nowacki, jeden z najwybitniejszych krytyków literackich w Polsce. W ramach pierwszej zapowiedzi spotkania - które odbędzie się 25 kwietnia - publikujemy poniżej okładkui wybranych książek naszego kwietniowego Gościa:
środa, 4 kwietnia 2012
Reportaż krzepi? Z Małgorzatą Szejnert rozmawia Daria Bruszewska
| fot. Piotr Przytuła |
Praca reportera to ciągłe zmaganie się z granicami i barierami. Właśnie o nich chciałabym z Panią pomówić. W rozmowie z Agnieszką Wójcińską zauważa Pani, że „reporter powinien pisać o tym, o czym ludzie mało wiedzą albo wiedzą w niewłaściwy sposób”. Z drugiej strony – deklaruje Pani, iż to ciekawość skłania do podjęcia tematu. Czuje Pani potrzebę ciągłego przesuwania granic poznania? Są przecież tacy, którzy twierdzą, że niewiedza jest błogosławieństwem…
Niewiedza, być może, bywa błogosławieństwem w pewnych sytuacjach życiowych, ale jednak powinniśmy dążyć do tego, żeby mieć elementarną wiedzę o świecie. Kiedy uświadomiłam sobie, że nic nie wiem o Zanzibarze, a potem dowiedziałam się, czym był w XIX wieku, pomyślałam, że jednak powinnam to wiedzieć. Człowiek wykształcony i społeczny powinien być świadom różnych cierpień świata. Nie powinniśmy usprawiedliwiać swojego lenistwa czy obojętności stwierdzeniem, że niewiedza jest błogosławieństwem. Szkoda, że nasze media zajmują się sprawami drugorzędnymi. Tkwimy w plotkarskim prowincjonalizmie. Z telewizji, z prasy i z radia, choć radio się chyba jeszcze najbardziej broni, dowiadujemy się ciągle o jakichś mało ważnych przepychankach i głupich urazach na własnym podwórku. Ci ludzie, których w telewizji zaprasza się do wywiadów, rzadko mówią o ważnych sprawach, na przykład o zapalnych punktach świata. Niedawno przeczytałam w „Gazecie Wyborczej” o tym, jak wielkie jest zagrożenie cyberatakami ze strony Korei Północnej. Zupełnie nie miałam o tym pojęcia. Nie zauważyłam, by ten niepokojący tekst wywołał jakakolwiek dyskusję. My się zastanawiamy, czy pan Y został obrażony przez pana X. To zajmuje wiele godzin na bezcennych falach. W tym czasie moglibyśmy się dowiedzieć o czymś naprawdę ważnym.
Subiektywne wybory osób związanych z mediami dość często odpowiadają za powszechną wiedzę o jakimś zjawisku. Pojawia się więc pytanie o granicę pomiędzy tym, o czym trzeba pisać, a tym, co lepiej przemilczeć. Czy reportaż zna tematy tabu?
Myślę, że powinien, ale nie można tu stosować żadnych ogólnych zasad. Tabu może być za każdym razem zupełnie inne: może wiązać się np. z sytuacją bohaterów, którzy są w dany temat zaangażowani, i z tym, jak dalece reporter może naruszać ich intymność i bezpieczeństwo. Poza tym, jest coś takiego jak tabu estetyczne. Do jednej z gazet, w której pracowałam, przyniesiono kiedyś tekst o nekrofilii. Nekrofilia nie musi być tematem tabu. Musimy mieć jednak uzasadnienie społeczne, by się nią zająć i musimy znaleźć dla tekstu odpowiednią formę. Tymczasem tamten materiał był sensacyjny, epatujący. Autor zdecydowanie naruszył w ten sposób tabu moralne i estetyczne.
A kwestie kulturowe?
No tak… Nie powinno się oceniać ludzi ze względu na rasę, religię czy narodowość, nie wolno kpić z Mahometa i z Pana Boga, ale nie można tez całkowicie ulegać presji poprawności politycznej. Poprawność polityczna może krępować swobodę pisania, utrudniać krytykę, spełniać rolę kontrolera, którego ciągła obecność usztywnia i peszy. Ale jeśli się z nią nie liczymy, możemy naruszyć inną równowagę – wykazać brak wrażliwości wobec innych. Trzeba to za każdym razem indywidualnie rozstrzygać, uzależniając swoją decyzję także od tego, do kogo kieruje się tekst.
Pani reporterskie opowieści to formy, w których ujawnia się absolutna dbałość o szczegóły. Zastanawia mnie to w kontekście odpowiedzialności za słowo i granic tej odpowiedzialności. Reportaż wymaga wiedzy i uczciwości. A jak rzecz ma się z obiektywizmem? Jest możliwy? Wskazany?
| fot. Piotr Przytuła |
Obiektywizm to słowo, które niczego nie załatwia. Reporter z natury rzeczy nie jest obiektywny – jest istotą myślącą na swój sposób, czującą na swój sposób, jednym słowem indywidualną. Zawsze się ku czemuś skłania. Chodzi jednak o to, żeby, w miarę możliwości, próbował zbliżyć się do prawdy, nieraz wbrew własnym przekonaniom wynikającym z poglądów, dotychczasowego doświadczenia, charakteru czy nawet fizyczności... Uzyskanie pełnej prawdy jest często niemożliwe, ale trzeba do niej dążyć poprzez uczciwą dokumentację i oddawanie głosu różnym stronom dramatu.
Tej odpowiedzialności za słowo i za prawdę, musi towarzyszyć wspomniana już przez Panią odpowiedzialność za bohatera…
Naturalnie. Reporter często jest w stanie lepiej ocenić sytuację bohatera niż sam bohater, który nie zawsze wie, co może mu grozić, jeśli się ujawni. Autor nie całkiem uczciwy, korzysta z tej niewiedzy, bo dzięki temu ma lepszy materiał. Teksty o sytuacjach bulwersujących, kontrowersyjnych, krańcowych są atrakcyjne. Mogą jednak sprowadzić na bohatera kłopoty, a nawet nieszczęście. Trzeba więc posłużyć się sposobami, które są od dawna znane reporterom. Można zastosować kamuflaż, w taki sposób jednak, by nie zakłamywać sytuacji. Kamuflaż może dotyczyć formy, ale nie treści. Można posłużyć się także innym sposobem, znanym nam doskonale z czasów cenzury, czyli stworzeniem bohatera zbiorowego, zbudowanego z kilku postaci. Nie wolno jednak z tego korzystać pochopnie. Te wszystkie metody usprawiedliwia tylko konieczność. I czytelnicy powinni być o nich poinformowani.
Przychodzi mi do głowy jeszcze jedna granica. Deklaruje Pani unikanie emocji i to się wyczuwa w Pani książkach. Nie wchodzi Pani także „w kadr” opisywanego świata. Gdzie zatem jest (w tekście) miejsce dla reportera? Czy jest jakaś bariera, której nie wolno mu przekroczyć?
Myślę, że wiele zależy od temperamentu reportera. Nie wyobrażam sobie, na przykład, żeby Jacek Hugo-Bader przestał istnieć w swoich reportażach. To jest jego forma, jego temperament, jego znak firmowy. Są reporterzy dużo bardziej powściągliwi – i ja się do nich zaliczam, choć czasem, kiedy jest to konieczne, występuję w tekście. Osobna sprawa, to reporter zaangażowany, który znalazł się w obliczu cudzego nieszczęścia. Myślę, że powinien się angażować tylko do pewnego stopnia. Nie powinien na przykład zastępować instytucji charytatywnych, czy broniących praw człowieka. Nie powinien, kiedy pisze o głodzie, myśleć o tym, by wszystkich wykarmić. Nie powinien zmieniać swojej roli, bo jego zadaniem jest doniesienie światu o nieszczęściu, a nie pomoc jednostkom, które spotkał na swojej drodze. Co nie znaczy, że nie może im pomagać, jeśli jest w stanie, ale to już jego prywatna sprawa.
W kontekście tego, o czym Pani mówi, przypomina mi się zdjęcie, które do tej pory jest często komentowane. Mam na myśli fotografię wykonaną przez Kevina Cartera, który uwiecznił swoim aparatem sępa stojącego w tle za wychudzoną czarnoskórą dziewczynką. W dyskusjach powraca kwestia etyczności zachowania tego fotoreportera, pojawiają się pytania o to, czy powinien pomóc dziewczynce…
Nie wiem, jak to się skończyło. Ale taki problem czy pomagać, czy dawać świadectwo i jakiego dokonać wyboru, gdy to się nie da pogodzić, zawsze będzie istniał…
Powiedziała Pani w jednym z wywiadów, że reporter pracujący z notesem bardziej angażuje się w rozmowę, skupia się na bohaterze. Można zatem postawić pytanie o ustanowienie kolejnej granicy, tym razem związanej z pozyskiwanie informacji za pomocą nowoczesnych technologii. Czy korzyści, jakie niesie z sobą Internet, przewyższają zagrożenia, czy jest raczej odwrotnie?
Internet zaczyna zastępować prasę papierową. W prasie jest coraz mniej miejsca na reportaż, a amatorskie blogi stają się często reportażami. To nie tylko opowieści o tym, co ich autorzy przeżyli, ale także opowieści o innych, o sytuacjach, które zostały zaobserwowane przez blogerów. Reportaż staje się formą dostępną dla wszystkich ludzi, którzy są wrażliwi, którzy obserwują, którzy mają zdolność przekazania tych obserwacji. I w tym kontekście Internet staje się szansą dla reportażu.
Jeśli chodzi o Internet jako narzędzie pracy, to jest to kij o dwóch końcach. Z jednej strony jest dobrodziejstwem – pomaga nie tyle w zdobywaniu informacji, ile tropów do informacji – na przykład tropów do bohaterów, których szukałam potem na Zanzibarze, żeby z nimi porozmawiać. Internet pomaga zbudować bazę do pracy. Jest jednak także bardzo niebezpieczny. Oferuje taką masę ciekawych informacji, że trzeba być niezwykle czujnym, żeby nie dać się im wessać. Nie można ich gromadzić za dużo, bo potem jest okropny problem z selekcją. Ta masa informacji nas obezwładnia, chce się za nimi podążać bez końca.
Co może być fascynujące i niebezpieczne dla osób, które, podobnie jak Pani, kochają szczegóły…
O tak, dla takich osób jak ja, Internet to raj! Może się on jednak zamienić w piekło – piekło konieczności dokonywania wyboru. Innym niebezpieczeństwem Internetu jest to, że rozleniwia – siedzi się przed ekranem zamiast wstać i wyruszyć w drogę. Podróże są wspaniałą przygodą, ale są też kłopotliwe i kosztowne. Internet pozwala na to, żeby, nie wstając z krzesła, wszystko sobie obejrzeć. Opowiem Pani pewna historię. Chciałam zobaczyć freski Giotta w kaplicy Scrovegni. Zamówiłam bilety pół roku wcześniej i pojechałam do Padwy. Okazało się, że pobyt w kaplicy może trwać jedynie piętnaście minut, że trzeba iść gęsiego, wąską kładką, ze sznurowymi barierami po bokach. Te okoliczności, pośpiech, ograniczenie, sprawiły, że nie zobaczyłam niczego. Jedyne wrażenie, jakie wyniosłam z kaplicy było takie: to naprawdę istnieje. Po powrocie do Polski obejrzałam kaplicę w Internecie. Wszystkie freski razem i każdy z osobna za pomocą zoomu. Pomyślałam, że można, nie ruszając się z miejsca, napisać tekst do pisma turystycznego o kaplicy Scrovegni. Trzeba mieć charakter, żeby oderwać się od Internetu i zanurzyć w prawdziwe życie... Można zapytać tylko: gdzie jest prawdziwe życie?
Mamy coraz więcej dowodów na to, że dla wielu osób świat wirtualny jest bardziej rzeczywisty. Tak jest, na przykład, w przypadku bohaterów Sali samobójców. Internet jest dla nich „pierwszym” światem.
| fot. Piotr Przytuła |
Są reporterzy, którzy nie tylko odrzucają pokusę Internetu, ale i pokusę łatwej podróży. Tak zrobił nieżyjący już reporter Tiziano Terzani w książce Powiedział mi wróżbita. Według Terzaniego wróżbita powiedział mu, że przez rok nie wolno mu latać samolotami, bo zginie. Zaczął on więc podróżować nie odrywając się od ziemi. Zdał sobie sprawę z tego, że planeta widziana z dołu jest zupełnie inna niż widziana z góry. Ziemia widziana z dołu ma granice, które trzeba przekraczać za pomocą wiz, ma łańcuchy górskie, przez które trzeba się przedrzeć, ma drogi, po których wędrują ludzie z tobołami. Ta nowa planeta okazała się dużo większa niż znana mu dotąd i ciągle się rozrastała. Teraz jest sporo książek, które wyrażają bunt przeciw ułatwieniom cywilizacyjnym, dzielącym reportera od rzeczywistości. Niedawno zetknęłam się z książką Teda Conovera Szlaki człowieka. To także jest opowieść o trudnych podróżach.
Ciekawe jest to, że autor za punkt wyjścia obrał element infrastruktury, któremu na ogół nie poświęcamy zbyt wiele uwagi. Conover jednak posłużył się drogami jako pretekstem do opowiedzenia o życiu ludzi, którzy są z nimi związani: zawodowo i osobiście.
Zgadza się. Niedawno ukazała się także książka Po Syberii, opowiadająca o podróży, która odbywa się, mówiąc metaforycznie, na samym dole, na poziomie autostopu. Trochę tak, jak u Jacka Hugo-Badera, bo Colin Thubron też spotyka i przemieszkuje u rozmaitych syberyjskich dziwaków, mistyków, alkoholików, ludzi, którzy noszą na sobie piętno lagrowe. Ale to zupełnie inne książki.
Przywołane przez Panią reportaże, pokazują, że gatunek ma się nieźle. Może to dobrze, że dla reportażu nie ma miejsca w prasie, bo dzięki temu ukazują się one w formach książkowych, a autorzy mają większe pole do popisu?
Rzeczywiście, reportaże coraz częściej (i coraz szybciej) trafiają do wydawnictw. Niektórzy wydawcy wręcz poszukują tego gatunku, choć jeszcze niedawno bronili się przed nim jako przed formą pośledniejszą niż fikcja. Literatura faktu ma świetną pozycję.
Mam wrażenie, że nasza rozmowa zatoczyła koło. Okazuje się, że – wbrew pozorom – jest jeszcze wiele do opisania. A może do opisania w inny sposób?
Tak… Świat wydaje się bardzo dobrze opisany, więc reportaż coraz częściej sięga po historię. Kiedy pisałam swoją ostatnią książkę, uświadomiłam sobie na nowo, jak ciekawa jest historia XIX wieku. Żeby zrozumieć świat, trzeba sobie ją przypominać.
Na szczęście są tacy, którzy nam przypominają i pozwalają zrozumieć. Poprzez losy jednostek opowiadają o sprawach uniwersalnych. Myślę o książce Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swietłany Aleksijewicz…
To wspaniała książka… Podobnie zresztą jak książki Hatzfelda o Rwandzie czy historia Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Wszystkie te książki są do siebie podobne, to głównie zapisane przez autorów zwierzenia ich bohaterów. Świadczą o tym, jaką wartość ma prawdziwa rozmowa w opozycji do tego, co proponuje Internet. Siła bezpośredniego kontaktu jest olbrzymia.
Wspomniane teraz reportaże sprawiają, że ich odbiorcy może się, zgodnie z życzeniem sformułowanym przez Wojciecha Tochmana, „zrobić niedobrze”. Reportaż musi sprawiać ból?
| fot. Piotr Przytuła |
Ja bym wolała, żeby człowiekowi zrobiło się dobrze. Mnie, po przeczytaniu książki Aleksijewicz, zrobiło się dobrze. Rzeczywiście, cierpiałam czytając te reportaże, ale – w sumie – mam wrażenie oczyszczenia, katharsis. Nie można zapiekać w sobie lęku, nienawiści czy bólu. Ciężko doświadczone bohaterki książki Aleksijewicz bronią się przed tym z godną podziwu dzielnością. Elementem katharsis jest także to, że znalazł się reporter, który o nich napisał, sprawił, że ludzie będą o nich wiedzieli, że zastanowią się nad ich losem. Reportaż, który uczciwie mówi o cierpieniu, powinien sprawić, że poczujemy się pokrzepieni. Każdy taki reportaż uczestniczy w walce ze złem.
Taka optymistyczna refleksja może chyba stanowić podsumowanie naszej rozmowy. Serdecznie Pani za nią dziękuję.
sobota, 31 marca 2012
„Nie jest powiedziane, że wszyscy muszą przeżyć rewolucję”. Z Edwinem Bendykiem rozmawia Piotr Przytuła
Czy słyszał Pan o legalizacji szwedzkiego Kościoła Ściągających z Internetu? :)
Słyszałem, nie znam jednak szczegółów całej doktryny tego kościoła. To dosyć ciekawe zjawisko, szczególnie w kontekście nowych pomysłów w polityce i utworzenia Partii Piratów, która również wywodzi się ze Szwecji i jest istotną siłą polityczną.
Socjologowie podkreślają, iż współcześnie bunt może mieć jedynie wymiar komercyjny. Jak przedstawia się w tym kontekście sprawa sprzeciwu młodych ludzi wobec ACTA? Czy styczniowe protesty mają znamiona autentycznego buntu?
Problem w tym, co rozumie się przez autentyczny bunt. To, co działo się wokół ACTA mocno skomplikowało myślenie o buncie. Autentyczne było na pewno to, że ludzie wyszli na ulice i że jest to pierwsze tego typu, pod względem skali, ilości i energii zjawisko w Polsce od początku transformacji. Ważna w tym przypadku jest odpowiedź na dwa pytania: jakie były postulaty i motywacja. Czy była ona wspólna, czy raczej miała znamiona, jak nazwał to Antonio Negri, „wielości w działaniu”, łączącej demonstrantów pod hasłem „wolny Internet, wolny dostęp do kultury i wiedzy”, której uczestnicy jednak kierują się różnym rozumieniem tej wolności.
| fot. Piotr Przytuła |
Istnieje wiele interpretacji tego zjawiska. Jedna z nich mówi, że był to, de facto, protest kapitalistyczny czy prokapitalistyczny. Rzeczywiście, jeśli wsłuchać się liczne wypowiedzi, to protestujący domagali się wolności, ale w rozumieniu raczej libertariańskim, czyli takim, które domaga się walki ze wszelkimi monopolami, a monopolem są przecież także prawa własności intelektualnej, niskich podatków i swobody działania, ale w bardzo prywatnym rozumieniu. Trudno było doszukać się kategorii społeczeństwa. Ale czy był to bunt konsumentów? Uczestniczyli w nim przecież ludzie, którzy są najsłabszymi konsumentami ze względu na swą siłę nabywczą. Podsumowując – było to wydarzenie autentyczne chociaż bardzo specyficzne.
Internet fundowany jest na znanej już w starożytności „kulturze daru”, którą we współczesnych warunkach można nazwać „electronic gift-giving”. Być może to wcale nie zagrożenie wolności a widmo odebrania internautom możliwości „obdarowywania się”, przesądziło o licznych manifestacjach?
Jesteśmy obecnie na takim etapie dyskusji o naturze człowieka, który ma rozstrzygnąć kwestię tego, co nas motywuje – konkurencja czy zdolność do współpracy, czy większą siłą jest altruizm czy raczej egoizm. Jest to, tak naprawdę, spór, który legł u podstaw nowoczesności. Dzisiaj wiemy, że, wbrew postulatom Adama Smitha, egoizm nie jest tą główną siłą napędową. Zdobycze współczesnej antropologii i psychologii ewolucyjnej przypisują większe znaczenie wspólnemu działaniu, co doskonale nakłada się na idealną do współpracy przestrzeń Internetu. Najlepszym dowodem na wyższość postawy altruistycznej jest chociażby Linux czy Wikipedia. Ludzie mogą obdarowywać się swoją pracą i jednocześnie czerpać z tego satysfakcję i społeczny prestiż. Masowe oddziaływanie Internetu trwa dopiero od niespełna dekady, więc tak naprawdę cały spór dopiero się rozpoczyna. Być może jego efektem będzie konieczność napisania od nowa podręczników ekonomii, w których odejdzie się od kategorii konkurencji jako siły bezwzględnej. Jak wiemy z badań „Młodzi i media” prowadzonych w Polsce, współpraca jest potrzebna, aby np. przetrwać w szkole. Dzieciaki po to korzystają z Facebooka, żeby obchodzić absurdy systemu szkolnego. A w tym momencie widzimy, że ta przestrzeń jest zagrożona, ponieważ ma być ona podporządkowana regułom świata, który nie ma już racji bytu, czyli świata komercyjnego, konkurencyjnego i urynkowionego.
W książce „Piracy” Adrian Johns wysuwa tezę, iż bez piractwa niemożliwy byłby rozwój cywilizacji – przecież to właśnie dzięki upowszechnieniu pewnych idei na szeroką skalę, możliwe było europejskie Oświecenie. Również Stany Zjednoczone budowały swoją potęgę poprzez odrzucenie patentów i swobodne korzystanie ze zdobyczy Starego Kontynentu. Dlaczego więc twórcy ustawy próbują ograniczyć wolność „spadkobierców Prometeusza”, a tym samym skazać cywilizację na marazm?
Tutaj dochodzimy do innego ważnego współczesnego problemu, czyli sporu o to, jakiego typu instytucje i instrumenty stymulują to, co jest istotą rozwoju, czyli innowacyjność i kreatywność. Jedni są po stronie ochrony praw autorskich, gdyż uważają, że jedynie ich przestrzeganie zapewni twórcom motywację do angażowania swojej energii. Jest też szkoła przeciwna, w której można wyróżnić kilka nurtów. Oprócz libertariańskiego wyróżnić można anarchistyczny oraz ten wywodzący się z tradycji marksistowskiej.
Ja jestem bliższy myśleniu krytycznemu wobec instytucji ochrony własności intelektualnej. W istocie jednak spór nie dotyczy tak wyrafinowanych argumentów, lecz gry interesów realnych podmiotów gospodarczych i polityki. Tak było zresztą zawsze, z tą różnica, że teraz po raz pierwszy mamy do czynienia z grą o wymiarze globalnym. Dawniej Ameryka w dosyć łatwy sposób mogła oprzeć swój rozwój na kopiowaniu, ponieważ w XIX wieku była poza zasięgiem Imperium Brytyjskiego.
Spór wokół ACTA postawił nas przed koniecznością wypracowania konsensusu między oficjalnym i nieformalnym obiegiem kultury oraz uczynienia przestrzeni internetowej równoprawną uczestniczką wymiany handlowej. Raport „Obiegi kultury. Społeczna cyrkulacja treści” wskazuje na fakt, iż to właśnie osoby „nielegalnie” odbierające pliki z sieci, są także najbardziej aktywnymi uczestnikami obiegu tradycyjnego i przeznaczającymi znaczne sumy na zakup ulubionych treści. Czy ma Pan pomysł jak pogodzić zwaśnione strony?
| fot. Piotr Przytuła |
Trzeba na początku zaznaczyć co pokazują te badania – otóż nie jest to próba wybielenia piractwa tylko ujęcie mające na celu pokazanie w jaki sposób ludzie uczestniczą w kulturze. Wynika z niego, że aktywni użytkownicy Internetu, to równocześnie aktywni uczestnicy kultury. Natomiast formy tego uczestnictwa odpowiadają innym zachowaniom na współczesnym rynku, zgodnym z hasłem: „chce mieć to co chce szybko i wygodnie”. Jeśli internauci nie dostają tego legalnie, biorą to w inny sposób rozgrzeszając się panującą ideologią.
A jeśli zaś chodzi o to, co można zrobić, aby pogodzić te światy, to w pierwszej kolejności trzeba spełnić oczekiwania internautów w warunkach biznesowych. Jeżeli mieszkaniec Hrubieszowa chce mieć dostęp do filmów Wernera Herzoga, których nie ma ani w lokalnej bibliotece, ani w legalnych wypożyczalniach wideo, to będzie on próbował ściągnąć je nielegalnie. W Stanach Zjednoczonych poradzono sobie z tym problemem za pomocą takich serwisów, jak, np. Netflix, który umożliwia dostęp do takiej oferty. Badania pokazują, że zabiegi takie znacznie zmniejszają nielegalny proceder piractwa. Ci, którzy dysponują prawami autorskimi, np. producenci filmów, muszą zrozumieć, że klient się zmienił.
Może warto w tym kontekście wspomnieć o iTunes?
Gdy iTunes wszedł na polski rynek okazało się, że sprzedaż legalnych plików wzrosła o 60%. Nie da się utrzymać starych modeli, które oparte były na tym, że przygotowujemy płytę, na której jest jeden dobry utwór, a dziewięć kiepskich, a następnie dokonujemy transakcji wiązanej i chcemy „wcisnąć” odbiorcy coś, czego, de facto, nie chce. Tak już się nie da. Trzeba więc wyciągnąć wnioski. Nie jest powiedziane, że wszyscy muszą przeżyć rewolucję (śmiech).
Środowisko artystyczne podzieliło się w kwestii zgody na ACTA. Z jednej strony mamy symboliczną już postać Zbigniewa Hołdysa i wcześniejsze wypowiedzi Kazika Staszewskiego, który nazywał „kurwą” każdego, „kto podniósł kradzione”. Z drugiej zaś Jakuba Żulczyka udostępniającego internautom „Zmorojewo”, za darmo, przez miesiąc. Podobnie zadziałali wydawcy książki „Za darmo”, a wyniki sprzedaży pokazały, że właśnie to posunięcie okazało się niezwykle korzystne. Zespół Radiohead także postawił na dobrowolność płacenia za ich muzykę.
Z jednej strony oczywiście nie można odmówić Hołdysowi prawa i chęci do zarabiania na swojej twórczości, ale z drugiej, trzeba filozoficznie zapytać, co to jest twórczość? Na ile to, co robi Hołdys czy Kazik jest ich oryginalną twórczością od zera, a na ile korzystali oni z cudzej własności intelektualnej? Przecież już nawet darmowa nauka, z której korzystali w młodości, byłą finansowana jest ze środków publicznych. Trzeba zadać więc pytanie, czy w związku z tym nie powinni w zamian podzielić się ze społeczeństwem, które umożliwiło im edukację? To jest właśnie ten spór, w myśl którego twórczość i innowacyjność rozumiana w sposób prometejski nie wytrzymuje próby empirycznej. Stwierdzenie: „mam prawo do tego, co wymyśliłem, a moja rodzina jeszcze przez 70 lat po mojej śmierci” jest moim zdaniem nadużyciem.
Niedawno w „Dzień dobry TVN” w kontekście piractwa pojawił się Muniek Staszczyk. Okazało się, że jest najczęściej „ściąganym” z Internetu artystą. Badania fonografii wykazują, iż zyski ze sprzedaży płyt to jedynie nieznaczący ułamek dochodów dla muzyków, którzy zarabiają przede wszystkim na koncertach i tantiemach. Dlaczego więc zespoły nie udostępniają swojej muzyki za darmo, ewentualnie za symboliczną opłatą?
Dla mnie, jako osoby także funkcjonującej w tym obiegu, znacznie większym dramatem byłaby sytuacja, gdyby nikt nie chciał „kraść” z sieci plików z moją twórczością, bo oznaczałoby to, że nie mam po prostu nic do powiedzenia. To po prostu dobry probierz zainteresowania i głębokości popytu. Poza bardzo nieliczną grupą „gwiazd z TOP 10”, które jeszcze na płytach zarabiają, to reszta żyje, tylko i wyłącznie, z koncertów. Tak samo zresztą jest w przypadku środowiska pisarzy, gdzie, może poza „elitą”, najczęściej zarabia się na spotkaniach autorskich. Nie oszukujmy się – przy średnim nakładzie w Polsce, wynoszącym ok. 1500 egzemplarzy, nie da się utrzymać z samej sprzedaży książek. Część płyt i książek mogłoby więc równie dobrze stanowić tzw. towar „free”, który ma budować markę, czy pozycję autora, który tak naprawdę zarabia w inny sposób.
Dużo w ostatnim czasie mówi się o portalu Chomikuj.pl. Z jednej strony, umożliwia on obcowanie z tekstami, które są za drogie dla przeciętnego studenta, z drugiej, nie daje nic w zamian autorom, którzy tracą wszelki zysk na korzyść właścicieli portalu. W takim razie korzystać z „chomika” czy nie?
Nie ma na to oczywiście jednoznacznej odpowiedzi. Rozumiem doskonale studentów w Polsce, którzy po prostu chcą się uczyć, a nie mają zapewnionej infrastruktury wiedzy. Jeżeli więc nie mają alternatywy, a chcą się kształcić, to ściąganie z „chomika” jest raczej wynikiem desperacji, a nie ich niskiego statusu moralnego. Z drugiej strony mam pretensję do właścicieli portalu o to, że uprawiają proceder paserski i czerpią korzyści z pracy innych.
Jest to jednak inicjatywa oddolna.
| fot. Piotr Przytuła |
Jeżeli popatrzymy na to socjologicznie, to ewidentnie tak jest. Gdyby nie było popytu na taką usługę, to by ona nie powstała. Chomikuj.pl to tak naprawdę jedno wielkie oskarżenie wobec polityki państwa, które, mimo licznych zapowiedzi utworzenia zasobów publicznego dostępu do wiedzy, nie było w stanie tego uczynić. A „chomik” był w stanie zapewnić to błyskawicznie. Jeśli duże, nie tak biedne przecież, państwo nie dało rady tego zrobić, to trudno winić ludzi, że radzą sobie „po swojemu”.
W „Antymatrixie” pisze Pan, że „utowarowienie wiedzy ma w naszym kraju charakter bazarowy i uliczny. […] setki tysięcy młodych ludzi zapisują się do podrzędnych uczelni, w których sprzedawana jest wiedza równie markowa, jak dres kupiony na Stadionie Dziesięciolecia. Budujemy społeczeństwo wiedzy bez wiedzy, nakłaniając miliony ludzi, by płacili dobrowolnie za naukę bez nauki”. Czy więc nie jest tak, że to system szkolnictwa „zmusza” nas do piractwa?
Oczywiście, że zmusza. Niedawno na swoim blogu stwierdziłem, że to właśnie nasze państwo powinno być uznane za „pirata”, bo próbuje sprzedać „podróbkę” społeczeństwa wiedzy, wmawiając nam, że jest to produkt oryginalny. W rzeczywistości nie różni się jednak od tego dresu ze stadionu. Winne jest w tym momencie państwo rozumiane szeroko, jako organizacje i instytucje z nim związane, które udają, że modernizują rzeczywistość, a tak naprawdę jest dokładnie na odwrót.
Boję się pomyśleć, co będzie, gdy dodatkowo będziemy zmuszeni płacić za każdorazowe wypożyczenie książki z biblioteki…
O ile wiem, to powinniśmy to czynić, zgodnie z obowiązującym Unii Europejskiej prawem. Z tym jednak, że kosztów nie powinien ponosić wypożyczający a państwo. Śródki przeznaczone na korzystanie z bibliotek powinny być uwzględnione w budżecie państwa. Możliwy jest także inny scenariusz, prywatyzacji bibliotek, czyli obciążeniem kosztami czytelników. Przy naszym i tak już nędznym czytelnictwie, skończyłoby się to katastrofą kulturową.
Dziękuję za rozmowę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












