poniedziałek, 31 października 2011

Kortowskie Spotkania z Literaturą (odsłona dziesiąta) - 30 XI 2011 - dr Marcin Rychlewski

Uniwersytet Warmińsko Mazurski:
Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz Instytut Filologii Polskiej
zapraszają na
Kortowskie Spotkania z Literaturą 30 XI 2011
(odsłona dziesiąta)

Miejsce: Wydział Humanistyczny, Aula Teatralna [przy wejściu głównym na prawo w stronę szatni], ul. Obitza 1 [Kortowo 2]

30 listopada (środa) godz. 17.00 –
„Przyjemność rocka” -
Z dr. Marcinem Rychlewskim rozmawiać będzie dr hab. Sławomir Buryła, prof. UWM

Marcin Rychlewski (ur. 1972) - pracuje w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Interesuje się związkami pomiędzy literaturą a sztuką awangardową, kulturą rocka oraz mechanizmami współczesnego rynku wydawniczego. Autor książki „Walka na słowa. Polemiki literackie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych” (2004), współautor i współredaktor książek zbiorowych: „Po co nam rock? Między duszą a ciałem” (2003) i „Kontrkultura. Co nam z tamtych lat?” (2005). Publikował między innymi w „Tekstach Drugich”, „Przestrzeniach Teorii”, „Kulturze Współczesnej” i „Kulturze Popularnej”. Jego najnowszą książką jest „Rewolucja rocka. Semiotyczne wymiary elektrycznej ekstazy”.

Patronat honorowy: JM Rektor UWM prof. dr hab. Józef Górniewicz

Patronat medialny: Radio UWM FM, TVP Olsztyn i „Nasz Olsztyniak”

piątek, 28 października 2011

„Staram się robić delikatną rozróbę w języku polskim”. Z Wojciechem Kuczokiem rozmawia Daria Bruszewska

W recenzjach Pana książek często wskazuje się, jako jedną z zalet Pańskiego pisarstwa, „słuch językowy”. Mówi się, że dobry socjolog odruchowo zagląda ludziom w okna, a co robi pisarz? Podsłuchuje Pan ludzi w autobusach, na przystankach, w sklepach?
fot. Piotr Przytuła
Ja nawet nie wiem, co to jest „słuch językowy”. Uważam, że jeśli ktoś ma słuch muzyczny, to ma też słuch do języka – w pisaniu chodzi o to, by uzyskać muzyczność frazy. Ja muzykiem nie zostałem ze względu na swoje lenistwo i niechęć do wielogodzinnych ćwiczeń, ale jakieś podstawy przez siedem lat edukacji nabyłem i improwizuję sobie terapeutycznie na pianinie każdego dnia – ku zniechęceniu sąsiadów. Poza tym to jest moja zemsta za to, że operatorzy rozmaitych wiertarek, kosiarek i pił tarczowych napierdalają od bladego świtu – by zacytować klasyka. Mszczę się muzyką na hałasach świata. Do języka natomiast mam podobny stosunek jak do muzyki. Ważne jest, by w tekście – nawet pisanym prozą – był słyszany rytm, by była to proza dźwięczna, by była czymś w rodzaju pieśni. Dlatego właśnie czytam na głos to, co napiszę i bardzo dbam, żeby rozmaite rejestry polszczyzny w moich tekstach się znalazły, żeby się przenikały. Wykorzystując swój muzyczny słuch staram się robić, zgodnie z zaleceniem Mariana Pankowskiego, delikatną rozróbę w języku polskim.

Nieprzypadkowo zapytałam o podsłuchiwanie w sytuacjach codziennych. Jest Pan przecież fanem Białoszewskiego…
O tak, on miał bardzo wyczulony słuch na mowę potoczną. Lubię go bardzo, bo on to doskonale wyłapywał i wskazywał możliwość korzystania z gotowców. Kiedy znajduję się w takiej „wymuszonej” sytuacji komunikacyjnej – na przykład kiedy jestem w środku pojazdu komunikacji miejskiej, w którym nie mogę czytać, bo chłopaczki wracają z zawodówki albo z uniwersytetu (ja nie widzę już specjalnych różnic), albo jadą jacyś robociarze, albo babony wracają z hipermarketu, to muszę odłożyć książkę i w jakiś sposób spożytkować ten czas. Kiedy jestem skazany na czterdzieści minut słuchania takich najniższych rejestrów języka, jakiejś plugawej mieszaniny gwary z jakimś językiem nieistniejącym, a przejętym chyba z mediów, przedziwnej hybrydy, w której występują hiperpoprawności i najplugawsza odmiana zwulgaryzowanej gwary, to staram się jednak słuchać, by wyłapać choć jedno zdanie, którego sam bym nie był w stanie skonstruować. To jest mi czasem potrzebne, kiedy w moich fabułach występują postaci z tego motłochu językowego – że tak to nazwę. Kiedyś zaglądałem na moją ulubioną stronę internetową – „Miejski słownik slangu”, ale tam czasem pojawiają się konstrukcje dość sztuczne, raczej rzadko używane, jednorazówki, a w autobusach mam do czynienia z tym językiem prawdziwym, żywym. Czasem wyłapuję coś nowego, a po miesiącu zauważam, że to się rozpanoszyło w polszczyźnie. To jest bardzo ważne, żeby mieć kontakt właśnie z takim językiem, żeby się nie zamykać na strzeżonym osiedlu polszczyzny wysokiej, bo nie będę miał pojęcia o tym, co się dzieje za płotem.

fot. Piotr Przytuła

Wydaje mi się, że właśnie takie podejście do tworzywa, jakim jest język, sprawia, że lepiej, pełniej opisuje się rzeczywistość . Jesteśmy w Olsztynie, jednym z najważniejszych punktów na mapie „Prozy Północy”, a więc literatury, dla której właśnie próba opisu rzeczywistości była kwestią kluczową. Warto więc chyba zapytać o to, co hasło "literatura zaangażowana", pojawiające się często w zestawieniu z Pańskim nazwiskiem, oznacza dla Pana? Czy utożsamia Pan swoją prozę z tym określeniem?
Jak pisałem „Gnój”, to był on rzeczywiście bardzo zaangażowany. W ścisłym sensie. To była książka, która odkrywała problem zamiatany pod dywan i przełamywała zmowę milczenia, poruszała temat tabu… Miała ambicję, żeby zmienić świat. I w pewnym sensie się to udało. Pozwoliłem na to, by „Gnój” zaprząc do kampanii społecznej przeciw przemocy w rodzinie. Kiedy pisałem „Senność”, to była ona w pewien sposób zaangażowana, bo była książką, która miała stać się karykaturą IV RP i być głosem szyderczym, poświęconym temu rodzajowi zbydlęcenia mentalnego, które ogarnęło elektorat Kaczyńskich i doprowadziło do tego, że się źle czułem w tym kraju i zrobiło mi się w nim duszno. Powieści są jednak tylko dwoma przykładami, bo w opowiadaniach wybiegałem w stronę fikcji i folgowałem wyobraźni. W „Spiskach” także odbiegłem bardzo daleko od tego modelu literatury zaangażowanej. Sądzę zatem, że w skali mojego pisania, jeżeli uda mi się coś jeszcze napisać, wspomniane wcześniej powieści pozostaną epizodem literatury zaangażowanej.
Cytował Pan wcześniej klasyka w osobie Koterskiego, więc chciałabym porozmawiać także o innej Pana miłości – kinie. Ostatnio mniej się Pan nim chyba zajmuje?
Nie… oglądaniem się zajmuję! Poza tym siedzę teraz nad scenariuszami – jeden, tworzony z Magdą Piekorz, już skończyłem, nad drugim pracuję z Maćkiem Pieprzycą. Przyjdzie czas, że te filmy będą w realizacji i wtedy…
Wtedy będzie widać, czym się Pan zajmował…
O właśnie!
Przed nami sezon premier. Czeka Pan na jakąś? Spodziewa się Pan, że uda się Panu doświadczyć tego, co lubi Pan w filmach, a więc „dotkliwości”?
Właśnie boję się, że ten nowy film Smarzowskiego może być zbyt dotkliwy. Bardzo nie lubię oglądać scen gwałtów na kobietach, a ten film się taką sceną rozpoczyna i bardzo w nie obfituje, więc to będzie zderzenie z nadmiarem dotkliwości. Bardzo chętnie wybiorę się na „Daas”, bo to, że chłopak nie sięga po temat z gazety, ale cofa się wiele lat, by zrobić film kostiumowy o jakimś mistyku, że przełamuje wiele tendencji – to jest warte uwagi. Poza tym Jakub Socha napisał o tym sporo dobrego, a to jest w tej chwili jedyny krytyk filmowy, któremu ja ufam – szanuję może pięciu, a ufam jednemu. Bardzo dużo sobie obiecywałem po debiucie Bartka Konopki, a on ma złe recenzje. To jest taki krwią napisany scenariusz o chorobie psychicznej ojca, poza tym związany z górami, więc byłem bardzo ciekaw. Nie podobał mi się film „Kret” – potwornie schematyczny, wpisany w takie gazetowe zapotrzebowanie. Nie rozumiem tych entuzjastycznych ocen krytyków. Chyba nie było zbyt dobrze w Gdyni w tym roku. W ubiegłym roku tam byłem i mogłem się na bieżąco przekonać, że nic ciekawego się nie dzieje, a teraz dałem się trochę nabrać krytykom. Kto w tym roku wygrał ten Festiwal?
Skolimowski?
Ach, no właśnie. To jest skandal. To jest tak grafomański film, to było straszne, to był jeden z najgorszych filmów, jaki oglądałem w polskiej reżyserii. Diagnoza jest niepokojąca: takie stare dziady nabierają na swoje głodne kawałki nie tylko krytyków, ale i młodych studentów, filmoznawców, którzy myślą, że to jest wybitne dzieło, jak bosy Arab gania po śniegu. Nie wiadomo gdzie – bo tu Mazury, a tu jakieś wodospady w Norwegii… On zrobił kilka fajnych filmów. Na studiach.
Występuje Pan w podwójnej roli: pisarza i scenarzysty. Wygodniejszy jest język filmu czy język literatury?
Język literatury jest wygodniejszy, bo jestem w nim samodzielny, mogę robić z nim, co mi się podoba. Film mnie dyscyplinuje do tego, by opowiadać obrazami. Miałem z tym zawsze kłopot, więc teraz już scenariuszy nie piszę sam. Piszę je w duetach z reżyserami. Nie chciałbym, żeby powtórzyła się sytuacja, która miała miejsce w przypadku „Senności”. Ten film był przeładowany dialogami – nieskróconymi, niezredagowanymi. Być może położyłem ten film zupełnie i to prawdopodobnie dlatego, że nie było nikogo, kto by mógł ten scenariusz skrócić.
Czas na chwilę rozmowy o górach. W Pańskiej twórczości, czego najbardziej dowodzą „Spiski”, góry są miejscem inicjacji bohatera. Czy doświadczenia górskie czynią człowieka pełniejszym, doroślejszym?
Hmm… To jest ciekawe… Pani tu chyba trafiła w jakąś moją tajemnicę… Ja mężczyzną stałem się, w jakimś sensie, dzięki górom. Nie w takiej sytuacji, jaką opisuję w mojej powieści, czyli sytuacji bohatera, którego gdzieś na polanie rozprawicza Cyganka, ale w takim sensie, że ja bardzo długo nie potrafiłem znaleźć sposobu na przejście ze stanu chłopięcości do stanu męskości. Brakowało mi takiej niszy w życiu, w której mógłbym stać się mężczyzną, robić coś męskiego w takim potocznym rozumieniu. Góry mi to umożliwiły. Nagle okazało się, że te cechy, również fizyczne, które nie bardzo potrafiłem spożytkować w życiu codziennym, tam okazały się idealne. W jaskiniach moja ówczesna, bardzo wątła postura, okazała się przydatna, bo się mieściłem w ciasnotach, kondycja i taka pajęcza sylwetka sprawiły, że dobrze się wspinałem. I to już była taka męska przygoda. Męska, a nie chłopięca. I to mnie wiele nauczyło, bo to było takie zastępcze wojsko.
Od wojska się Pan wymigał…
Tak, to było jeszcze w tych czasach, kiedy musiałem się wymigiwać. Brakowało mi jednak takiej przygody, która nakazałaby mi się stać facetem. Tu już mamusia nie spakuje kanapek do plecaka, tylko trzeba samemu o siebie zadbać na jakiejś wyprawie. To mi na pewno pomogło dojrzeć. I pewnie dlatego tym moim bohaterom w podobny sposób przekazuję te cechy.
Jeśli już mówimy o kategorii męskości, to chciałabym zauważyć, że mężczyźni, którzy pojawiają się na kartach Pana książek, są inni od tych wzorów, którymi karmi nas kultura. Nie są wzorami męskości. Poza tym, czytałam gdzieś, że nie lubi Pan pojęcia „ojczyzna”. Czy świat urządzony przez kobiety byłby lepszy?
Tak, myślę, że byłby. Zobaczymy zresztą. Może doczekamy takich czasów. Jestem zachwycony wynikami wyborów. Są one wyśnione. Do Sejmu dostaje się transwestyta, kobieta ma być marszałkiem… Tak, to jest ta droga, dzięki której czułbym się bezpieczniej. Nie lubię słowa ojczyzna, nie lubię słowa naród… Trudno mi jednak orzec, na ile to płynie ze mnie samego, z mojej refleksji z czasów przed IV RP, a na ile jest to skażone zarazą Kaczyńskości. Pisiory obrzydziły tyle słów w języku polskim… Nawet słowo „patriotyzm” próbowali obrzydzić do tego stopnia, że teraz wiele młodych osób zastanawia się, czy to nie obciach być patriotą. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy ten model patriotyzmu wprowadzony przez PiS przyczynił się do tego utrwalenia we mnie niechęci wobec tego dyskursu żołnierza – patrioty. Kiedyś tak sobie pomyślałem i dość zgrabnie ująłem to w wywiadzie dla Wodeckiej, że w matczyźnie nikt by nie biegał z karabinem, tylko by sobie podlewano kalafiory w ogródku.
Chciałabym na koniec powrócić jeszcze do wątku słuchania. Kiedy ostatnio powróciłam do opowiadania o doktorze Hauście, pomyślałam sobie, że właściwie każdy pisarz ma, a może powinien mieć, coś z doktora Hausta. Musi umieć wysłuchiwać opowieści, sankcjonować je, sprawiać następnie, by jego historie stawały się przypisami do życia innych osób. Czuje się Pan czasami jak ten bohater udzielający swoistego rozgrzeszenia?
Jestem skrajnie egocentryczny, podobnie jak, wbrew pozorom, doktor Haust, który pod pozorem monologu terapeuty, mówi sam do siebie i o sobie… O kimkolwiek by nie opowiadał, mówi tak naprawdę sam o sobie. Nie mogąc sobie poradzić z tym moim skrajnym egotyzmem, znalazłem sposób, w jaki mógłbym to skanalizować twórczo. Stałem się pisarzem. Moje oszustwo polega na tym, że opowiadam ludziom pewne historie i im się wydaje, że opowiadam o nich, a tak naprawdę opowiadam o swoich wewnętrznych rozterkach i sam siebie terapeutyzuję.

fot. Piotr Przytuła

To z tego powodu potrzebny był podtytuł w „Gnoju” – „Antybiografia”? Chciał Pan uniknąć podejrzeń, że mówi sam o sobie?
W tym wypadku było to podyktowane względami gatunkowymi. To była taka książka, w której było trochę sagi rodzinnej, takiego skowytu ofiary. Ponieważ to wszystko układało się w jakąś całość biograficzną, a to była moja pierwsza powieść, chciałem uniknąć takiej sytuacji, w której krytyka odczytałaby to jako wypowiedź autobiograficzną, wprost. Nie chciałem, żeby myślano, że opisuję swoje straszne dzieciństwo, lecz by mówiono, że oto pisarz Kuczok napisał taką powieść grając formułą biograficzną… Teraz też umieściłem podtytuł, ale jest on hołdem złożonym Pankowskiemu, który jest dla mnie najważniejszym pisarzem dwudziestego wieku, autorem jednej z najlepszych książek napisanych polszczyzną. „Matuga idzie” nosiła podtytuł „Przygody”. Inną doskonałą książką jest „Smagła swoboda” – dla mnie jest to poemat prozą, „Pan Tadeusz” w wykonaniu Pankowskiego. To cudowne, że mamy poza kanonem lektur takie książki, które można odkrywać i które nie są zarzynane przez zidiociałych polonistów.
Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę Panu kolejnych odkryć.



sobota, 22 października 2011

O spotkaniu z Wojciechem Kuczokiem w TVP Olsztyn

16 października w Informacjach Kulturalnych w TVP Olsztyn mogliście oglądać relację ze spotkania z Wojciechem Kuczokiem, który był gościem październikowej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą. Relacja ta była też wcześniej emitowana w Informacjach, codziennym programie informacyjnym TVP Olsztyn. Materiał można obejrzeć pod adresem: http://www.tvp.pl/olsztyn/informacja/informacje-kulturalne/wideo/161011/5482823

piątek, 21 października 2011

Rozmowa z Wojciechem Kuczokiem w "Gazecie Olsztyńskiej"

W piątkowym wydaniu (21 X 2011) "Gazety Olsztyńskiej" możecie przeczytać wywiad z Wojciechem Kuczokiem, gościem październikowych Kortowskich Spotkań z Literaturą:


niedziela, 16 października 2011

Fotorelacja ze spotkania z Wojciechem Kuczokiem

13 października inaugurowaliśmy tegoroczny sezon Kortowskich Spotkań z Literaturą. Gośćmi dziewiątej odsłony cyklu i jednocześnie pierwszej odsłony w tym roku akademickim byli dwaj znakomici pisarze - z Wojciechem Kuczokiem rozmawiał Włodzimierz Kowalewski. Autorem zdjęć jest Piotr Przytuła. Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji:
































czwartek, 29 września 2011

Kortowskie Spotkania z Literaturą (odsłona dziewiąta) - 13 X 2011 - Wojciech Kuczok

13 X 2011 r. - spotkanie autorskie Wojciecha Kuczoka

Uniwersytet Warmińsko Mazurski:
Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz Instytut Filologii Polskiej
zapraszają na
Kortowskie Spotkania z Literaturą 13 X 2011
(odsłona dziewiąta)

Miejsce: Wydział Humanistyczny, Aula Teatralna [przy wejściu głównym na prawo w stronę szatni], ul. Obitza 1 [Kortowo 2]

13 października (czwartek) godz. 17.00 –
Spotkanie z Wojciechem Kuczokiem.
Rozmowę poprowadzi Włodzimierz Kowalewski.

Wojciech Kuczok – prozaik, krytyk filmowy, scenarzysta. Autor powieści „Gnój” (2003) i „Senność” (2008) oraz zbiorów opowiadań „Opowieści słychane” (1999), „Szkieleciarki” (2002), „Widmokrąg” (2004) i „Opowieści przebrane” (2005). Powieść „Gnój” uhonorowano m.in. Nagrodą Literacką NIKE oraz Paszportem „Polityki”, przełożono ją na piętnaście języków. Na podstawie jego książek powstały filmy – „Pręgi” i „Senność”. Autor opublikował zbiory esejów – „To piekielne kino” (2006) i „Moje projekcje” (2009). Najnowsza powieść pisarza nosi tytuł „Spiski” i ukazała się w 2010 roku.

Włodzimierz Kowalewski – prozaik, felietonista. Autor dwóch tomów opowiadań – „Cztery opowiadania o śmierci” (1993) i „Światło i lęk. Opowiadania starej daty” (2003). Jest również autorem dwóch powieści – „Bóg zapłacz!” (2000) i „Excentrycy” (2007). Trzykrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike. W 2003 roku jego twórczość uhonorowano polsko-niemiecką Nagrodą Literacką im. Samuela Bogumiła Lindego. Za powieść „Excentrycy” otrzymał Literacką Nagrodę Warmii i Mazur Wawrzyn.


Patronat honorowy: JM Rektor UWM prof. dr hab. Józef Górniewicz

Patronat medialny: Radio UWM FM, TVP Olsztyn i „Nasz Olsztyniak”

"Spiski" Wojciecha Kuczoka - recenzja

W ramach zapowiedzi spotkania z Wojciechem Kuczokiem zapraszamy do zapoznania się z recenzją jego najnowszej powieści:

Bernadetta Darska

Dojrzewanie

„Spiski” Wojciecha Kuczoka można z powodzeniem czytać w taki sposób, by w trakcie lektury odkrywać kolejne różnice między bohaterami i akcją jego najnowszej powieści a tym, co zostało opisane w „Gnoju”. O ile przed laty pisarz skupił się na pokazaniu dziecięcej traumy, a relacje między synem a ojcem zdefiniował na zasadzie opozycji ofiara kontra kat, o tyle w książce z podtytułem „Przygody tarzańskie” role ojca i syna zostają rozpisane zupełnie inaczej. Kuczok dzieli swoją opowieść na rozdziały opatrzone datą i skoncentrowane wokół jednego ważnego wydarzenia. Tym zaś może być zarówno mecz między Polską a Rosją wtedy, gdy komunizm trwa w najlepsze, ale i opętany pożądaniem niedźwiedź. Poszczególne części tej opowieści to odznaczenie ważnych etapów dorastania młodego bohatera. Od dziecka do mężczyzny – wedle tego schematu rozwija się akcja. Gdybyśmy jednak mieli do czynienia tylko z powieścią inicjacyjną, książka Kuczoka nie zasługiwałaby na tak dużą uwagę, jakiej jest warta. Tytuł „Spiski”, co zostaje podpowiedziane przez samego autora, można czytać na co najmniej trzy sposoby – to zapiski, odnotowane chwile, niekoniecznie ważne, ale przez sam fakt spisania urastające do rangi wartych zapamiętania; to miejscowość, do której bohater wraca – jako dziecko i jako dorosły; to wreszcie łatwość knucia, tworzenia sekretów, tęsknota za nieprzeciętnym, gdy zewsząd osacza coraz mocniej zwyczajność. Ojciec początkowo jest przewodnikiem, to on decyduje, jak spędzi wakacje rodzina, i to on nadaje kształt wakacjom. Szybko jednak okazuje się, że zmiana systemu obnaża absurdalność walki, do której mężczyzna się przyzwyczaił; demokracja otępia i osłabia, czyni bezużytecznym. Każdy kolejny protest ojca i próba zaakcentowania swojego miejsca w rzeczywistości kończy się porażką. Syn rośnie w siłę, ojciec poddaje się słabości. Uważny czytelnik przypomni sobie podobny wątek z innej, również w 2010 roku wydanej książki. Mam tu na myśli „Apokalypsis’89”. Jarosław Maślanek mógłby się jednak wiele nauczyć od Kuczoka – brawury językowej i lekkości narracyjnej, umiejętności snucia pasjonującej opowieści, mówienia rzeczy ważnych tam, gdzie pozornie niewiele się dzieje. Kuczok portretując środowisko górali zabiera głos w bardzo wielu kwestiach nurtujących nie tylko mieszkańców Tatr. „Spiski” można bowiem czytać jako opowieść o swojskości otwierającej się na obcość; jako historię nastoletnich fantazji, spełniających się w chwili przemiany chłopca w mężczyznę; jako świadectwo odchodzenia w przeszłość mitu cudzego i otwierania się na przyszłość, w której może być kształtowany mit własny. Znajdziemy tu także mnóstwo anegdot, które bawią i zachwycają, zwłaszcza że Kuczok mistrzowsko „używa” góralskiej gwary. Natkniemy się też na błyskotliwie zaprezentowanie absurdów religijno-kościelnych – przykładem może być zniknięcie opasek biodrowych z figur Chrystusa i sensacyjne odkrycie (sic!), że Zbawiciel ma genitalia, a także nagłe i równie zaskakujące ogołocenie Giewontu. Fragmenty te to prawdziwy majstersztyk. „Gnój”, czego nie trzeba przypominać, kończy się wielką katastrofą. Finał „Spisków” to pochwała spełnienia i znalezienia tej właściwej, poszukiwanej może po omacku, drogi. „Zapachniało życiem” (s. 274) – tak brzmi jedno z ostatnich zdań. Pachnie nim w całej tej opowieści, pachnie oszałamiająco. Warto!

Wojciech Kuczok, Spiski, Wyd. W.A.B., Warszawa 2010.

środa, 28 września 2011

Wojciech Kuczok gościem Kortowskich Spotkań z Literaturą

Już w październiku zapraszamy na kolejną, pierwszą w tym roku akademickim, odsłonę Kortowskich Spotkań z Literaturą. Naszym gościem będzie znany pisarz Wojciech Kuczok. Poniżej prezentujemy wybrane okładki jego książek:

 






środa, 21 września 2011

Już w październiku...

Już w październiku rozpoczyna się nowy rok akademicki - ani studentom, ani wykładowcom nie trzeba o tym przypominać. Już w październiku rozpoczynamy kolejną edycję Kortowskich Spotkań z Literaturą. Co miesiąc będziecie mogli uczestniczyć w spotkaniach autorskich ze znanymi pisarzami, a także będziecie mogli wysłuchać wykładów wybitnych naukowców. Niebawem poinformujemy, kto będzie naszym październikowym gościem i kiedy odbędzie się spotkanie - zaglądajcie więc na naszą stronę. Przypominamy, że Kortowskie Spotkania z Literaturą odbywają się pod honorowym patronatem JM Rektora UWM prof. dr. hab. Józefa Górniewicza, a patronat medialny sprawują Radio UWM FM, TVP Olsztyn i "Nasz Olsztyniak".

niedziela, 26 czerwca 2011

Nie żyjemy bez płci. Z prof. dr hab. Ingą Iwasiów rozmawia Jagoda Paturej-Grandyberg

Czym jest powieść akademicka? To termin, który jest mało znany, a takich wątków można doszukać się w Ku słońcu.

fot. Piotr Przytuła

Marzę od paru lat, by napisać powieść akademicką. Mieliśmy numer dwumiesięcznika „Pogranicza” poświęcony literaturze akademickiej. I wtedy odbyła się duża dyskusja w ramach „Targów Książki Naukowej”, podczas której zadawaliśmy wprost pytanie: dlaczego nie ma w Polsce nurtu powieści akademickiej? Takiego znaczącego. Dużego. Bo oczywiście powstają powieści, które są osadzone w tym środowisku, ale nie są szerzej znane. Odbiegają od podstawowego wzorca, uprawianego na przykład przez Davida Lodge’a. I oczywiście zastanawialiśmy się nad tym, w czym tkwi problem? Czy w przedstawianiu doktryn? Przecież w Polsce też te doktryny wędrują, od postmodernizmu zaczynając 20 lat temu, poprzez feminizm, studia gender, dyskusje pomiędzy postawą konserwatywną a progresywną. To wszystko się też w Polsce dzieje, więc z tym chyba nie byłoby problemu, z napisaniem powieści, która dotyczyłaby dyskursu humanistycznego oraz postaw ludzkich wobec tego dyskursu.

Może rzecz w ironii? W naszej nieumiejętności dystansowania się do środowisk, w których żyjemy. Bo powieść akademicka jest powieścią środowiskową. Jest najczęściej powieścią z kluczem. W związku z tym można w niej odnaleźć prawdziwe osoby, prawdziwe konflikty, prawdziwe słabości. I oczywiście nie jest to pogląd literaturoznawczy tylko potoczny, ale może to jest tak, że nie stać nas na to, żeby krytycznie, z dystansem, ironicznie, opowiedzieć o środowiskach, w których żyjemy. Często więc profesorowie, którzy mają inklinacje do literatury, mówią, że napiszą te powieści, kiedy będą już na emeryturze.
W programie, w którym podąża Pani śladami bohaterów „Ku słońcu”, padają z Pani ust słowa, że nie miała Pani odwagi napisać obszernej powieści akademickiej. Dlaczego?
To nie jest kwestia braku odwagi, chociaż rytm życia akademickiego w Polsce jest taki, że trzeba by się liczyć z odrzuceniem, z ostracyzmem, ze złymi reakcjami na sarkastyczne uwagi, ironiczne wizerunki, a tylko takie są nośne w tej konwencji. Nie można napisać laurki środowisku, w którym się żyje, bo to mijałoby się z celem. Natomiast ja nie robię tego ze strachu przed odrzuceniem, bo doświadczenie bycia dyrektorką Instytutu Polonistyki i Kulturoznawstwa jest wystarczająco traumatyczne i to doświadczenie łączy się właśnie z izolacją, jakiej najśmielszy powieściopisarz dla samego siebie nie zaprojektuje. W związku z czym nie mam już nic do stracenia. To jest moment biograficzny, w którym mogę napisać każdą powieść, weszłam w apogeum wieku średniego, o nic nie zabiegam, stać mnie na dystans wobec samej siebie. Myślę natomiast, że do tej pory nie uporałam się z rożnymi innymi, formalnymi, artystycznymi wyzwaniami. I myślę też, że muszę wciąż szukać takiej konwencji, która jest na przecięciu – to mnie najbardziej bawi. Czyli kiedy piszę powieść z elementami powieści akademickiej, to jednocześnie jest to wciąż powieść o historii miejsca. Kiedy pisałam Bambino, czyli powieść o historii miejsca, to jednocześnie była to powieść o miłości. Podkreślam, choć nie jest to specjalnie odkrywcze, że i powieść akademicka jest bardzo często powieścią o miłości, opisującą zetknięcie świata profesorskiego ze światem studenckim, czyli jest powieścią przekraczającą tabu, wyciągającą na światło dzienne rzeczy, które czasem chcielibyśmy ukryć. Ja to wszystko staram się zrobić. I na przykład w Ku słońcu, w głównym wątku Małgorzaty i jej ucznia – doktoranta, zawarty jest ten przewrotny pomysł, żeby opisać nie profesora wprowadzającego w życie studentkę, tylko żeby opisać profesorkę, mająca dobrą relację ze swoim doktorantem. Dobrą, czyli nie taką, która oparta jest na rodzaju eksploatacji erotycznej, czy czerpaniu z autorytetu i ułatwianiu sobie kariery, tylko jest to relacja, która oparta jest faktycznie na miłości. W ten sposób, drobnymi gestami narracyjnymi, staram się przekraczać konwencje. Wobec tego nie wiem, czy napiszę kiedyś taką powieść, która będzie w pełni akademicka w tych standardach, które też już są jakąś zamykającą się konwencją.

fot. Piotr Przytuła

Czy rezygnacja z autobiografizmu w powieściach ma przełożenie na to, że zaczęła Pani pisać bloga, że jest Pani „dostępna” on-line i w pewien sposób, to „kobiece” pisanie jest kompensowane w innej formie?
Właśnie nie. Faktycznie to jest bardzo cenna obserwacja, z którą muszę się uporać, na obecnym etapie swojego pisarstwa, ale także życia. Bo jest naturalnym odruchem, że kiedy się zaczyna pisać, to jest to pisanie zwykle autobiograficzne i dość wprost, nieprzetworzone.
Natomiast mi się wydało w jakimś momencie, że muszę wskoczyć na to inne piętro, piętro, gdzie fikcja zaczyna opowiadać o rzeczach dla mnie ważnych. Że to za łatwe już dla mnie – opowiadanie po prostu o swoich przeżyciach. Ja opowiedziałam już o nich blisko 20 lat temu w książce, która nie była szerzej znana – Miasto-ja-miasto. I jeżeli ktoś szuka okruchów mojej biografii, to najłatwiej tam je znajdzie. Natomiast potem zaczęłam stawiać sobie zadania fabularne i szukać opowieści, które by mnie reprezentowały, ale nie prezentowały.

Mam wielką pokusę napisania powieści autobiograficznej i jeśli mówimy o odwadze, to to jest ten punkt, gdzie zaczyna działać brak odwagi, ponieważ tu musiałabym być zupełnie bezkompromisowa. Bo kiedy się dochodzi pięćdziesiątki, nie wypada już iść na kompromisy i taka powieść dużo by mnie kosztowała, ale nie tylko mnie. Bo ja z myśleniem o autobiografii mam problem. Nie z odsłanianiem siebie, tylko z odsłanianiem ludzi wokół. Autobiografia nie dzieje się w próżni. Opowiadając autobiograficznie trzeba opowiedzieć o swojej rodzinie, o ludziach bliskich, o swoich dzieciach. Nie jestem na to gotowa. Wydaje mi się, że tu jest zasadnicza bariera, która mnie powstrzymuje, ale pewnie kiedyś przestanie powstrzymywać.
Natomiast blog też jest oczywiście konwencją i to jest dla mnie granica pomiędzy nieosłoniętym zwierzaniem się a znalezieniem języka dla opowieści, który będzie językiem dobrej komunikacji, nie kłamstwa, nie wdzięczenia się do odbiorców, ale jednocześnie komunikacji, która zakłada, że po obu stronach wiemy, że to nie będą zapiski z mojego codziennego makijażu, tylko będę pisać tam o rzeczach, które uważam za ważne. Nie tylko dla siebie. Blog właściwie bardziej zastępuje mi publicystykę niż pamiętnik. To miejsce ujawniania poglądów, a nie miejsce zwierzania się.

Ośrodki akademickie coraz częściej dają możliwość w różnej formie, czy to studiów podyplomowych, czy kół zainteresowań, czy instytutów, zgłębiania zagadnień z zakresu gender studies. Dlaczego rośnie zainteresowanie tą szkołą/tą myślą?

To jest dość naturalny odruch w związku z tym, iż każdy z nas identyfikuje własne „ja” przez role płciowe. I w rożnych momentach życia kwestia identyfikacji płci, konstruowania płci jest ważna. I w dzieciństwie i w młodości, czy może zwłaszcza w młodości. Myślę, że dlatego to tak bardzo interesuje studentki, studentów. To jest moment, kiedy zadajemy sobie: pytania kim chce być, jaką rolę pełnić? Czy płeć mnie ogranicza, czy płeć coś mi otwiera? I to jest zasadniczy powód – zainteresowanie, które w centrum stawia „ja” i ono akurat w studiach gender w Polsce, jak i na świecie, jest tym pytaniem zasadniczym, gdyż pytając o płeć, pytamy o tożsamość, o to, kim jest jednostka.

Drugim powodem jest to, że studia humanistyczne niezmiernie się sfeminizowały w Polsce i kobiety zaczynają pytać o to, czy są reprezentowane w dyskursie humanistycznym, w literaturze? Ponieważ kanony uniwersyteckie, historyczne, krytycznoliterackie są kanonami z przewaga męskich tekstów, a programy gender nastawione są na literaturę kobiecą, na kobiety w literaturze i to kobietą interesują się bardziej niż konwencją.

Co nam daje umiejętność „genderowego” czytania/spojrzenia na literaturę?

Zyskujemy egzystencjalnie – jeśli jesteśmy kobietami. Problem może się pojawić, jeśli przyjmiemy tylko optykę feministyczną, bo to może odciąć inne aspekty postrzegania literatury. Dlatego zawsze podkreślam, że najlepiej jest czytać interdyscyplinarnie.

fot. Piotr Przytuła

O tym problemie piszę w mojej książce Gender dla średnio zaawansowanych, która jest zapisem wykładów przeprowadzonych na Uniwersytecie Szczecińskim. Takie czytanie pomaga na szersze spojrzenie także na świat polityki, świadomości, społeczeństwa. Niebezpieczeństwo pojawia się właśnie, gdy czytając poszukujemy „tylko” np. niedoli kobiet. Gdy czytamy jednowymiarowo, a tak może się stać, gdy zamkniemy się na inne dyskursy. Genderowe czytanie powinno pomóc nam to zjawisko zrozumieć, zmienić strukturę myślenia, nauczyć doświadczać przez płeć. Nie żyjemy bez płci, nasze doświadczenie to jej doświadczenie.

W ostatnich latach niezwykle popularny stal się dyskurs tożsamościowy, co niewątpliwie w dużej mierze zawdzięczamy dynamicznemu rozwojowi myśli feministycznej. Czy nadal, jak nazwał to Lippmann „obrazy w Głowie”, czyli stereotypy, nie pozwalają nam „wyjść” poza pewne schematy w postrzeganiu Innych? Czy Inny-Feministka, został już „oswojony”?

Widzimy wokół siebie zmiany społeczne, kulturowe; obserwujemy przesunięcia w dyskursie płci. Z drugiej strony ciągle mamy do czynienia z „metodą dyscyplinowania” – sięgam tu po termin Foucaulta – której ulegamy i która nadal jest niezwykle skuteczna, bo określa nas przez „deficyty osobiste”. Obraz feministki jako Innego jest obecny ciągle, chociażby w kulturze masowej, ale obok pojawia się nowy obraz „normalnej” feministki. Co jest związane z pojawianiem się mainstreamowego obrazu kobiety-feministki, jako tej wyznaczającej nowe ścieżki, którymi feministki i kobiety nowoczesne „masowo” powinny podążać.

Jak rozwija się ruch feministyczny w Polsce? Pojawiają się zarzuty, że feministki w Polsce nie potrafią się jednoczyć, centralizować, działać razem, że brak im wspólnych spraw? Jaki jest Pani pogląd jako jednej z najważniejszych postaci rozwoju polskiej myśli feministycznej na tę kwestię?
Feministki mają dużo do zrobienia także w państwie, między innymi dlatego, że jesteśmy przekonani, że jest równość. Liberalizm znosi problem płci. Mówi nam, że nierówności nie ma, więc nie ma się nad czym zastanawiać, ten problem nie istnieje.

fot. Piotr Przytuła

Organizacje kobiece faktycznie są w rozproszeniu, ale istnieją, działają, maja swoje zadania. Nie możemy ich obwiniać za to, że nie reprezentują kobiet w szerszym rozumieniu tego słowa. Tu pojawia się problem świadomości kobiet w Polsce co do tego, że ich sprawy powinny być reprezentowane. W rozbudzeniu takiej świadomości może pomóc znajomość chociażby wspomnianej wcześniej problematyki gender studies.

Ale obecnie znajdujemy się w impasie. Z jednej strony wiemy, że liczy się obecność medialna, z drugiej ta obecność marginalizuje działania oddolne, godzi w poczucie sprawiedliwości (bo aktywne od lat środowiska nie komponują się dobrze z politycznymi decyzjami i powstającym salonem feministycznym) i w pewnym sensie „zakrywa” nierozwiązane problemy kobiet w Polsce. W obecności medialnej tkwi także pułapka zaufania sztucznym światom. Choć bez nagłośnienia żadna sprawa współczesnego świata nie zostanie rozwiązana, samo nagłośnienie nie rozwiązuje żadnej sprawy…