niedziela, 26 czerwca 2011

Nie żyjemy bez płci. Z prof. dr hab. Ingą Iwasiów rozmawia Jagoda Paturej-Grandyberg

Czym jest powieść akademicka? To termin, który jest mało znany, a takich wątków można doszukać się w Ku słońcu.

fot. Piotr Przytuła

Marzę od paru lat, by napisać powieść akademicką. Mieliśmy numer dwumiesięcznika „Pogranicza” poświęcony literaturze akademickiej. I wtedy odbyła się duża dyskusja w ramach „Targów Książki Naukowej”, podczas której zadawaliśmy wprost pytanie: dlaczego nie ma w Polsce nurtu powieści akademickiej? Takiego znaczącego. Dużego. Bo oczywiście powstają powieści, które są osadzone w tym środowisku, ale nie są szerzej znane. Odbiegają od podstawowego wzorca, uprawianego na przykład przez Davida Lodge’a. I oczywiście zastanawialiśmy się nad tym, w czym tkwi problem? Czy w przedstawianiu doktryn? Przecież w Polsce też te doktryny wędrują, od postmodernizmu zaczynając 20 lat temu, poprzez feminizm, studia gender, dyskusje pomiędzy postawą konserwatywną a progresywną. To wszystko się też w Polsce dzieje, więc z tym chyba nie byłoby problemu, z napisaniem powieści, która dotyczyłaby dyskursu humanistycznego oraz postaw ludzkich wobec tego dyskursu.

Może rzecz w ironii? W naszej nieumiejętności dystansowania się do środowisk, w których żyjemy. Bo powieść akademicka jest powieścią środowiskową. Jest najczęściej powieścią z kluczem. W związku z tym można w niej odnaleźć prawdziwe osoby, prawdziwe konflikty, prawdziwe słabości. I oczywiście nie jest to pogląd literaturoznawczy tylko potoczny, ale może to jest tak, że nie stać nas na to, żeby krytycznie, z dystansem, ironicznie, opowiedzieć o środowiskach, w których żyjemy. Często więc profesorowie, którzy mają inklinacje do literatury, mówią, że napiszą te powieści, kiedy będą już na emeryturze.
W programie, w którym podąża Pani śladami bohaterów „Ku słońcu”, padają z Pani ust słowa, że nie miała Pani odwagi napisać obszernej powieści akademickiej. Dlaczego?
To nie jest kwestia braku odwagi, chociaż rytm życia akademickiego w Polsce jest taki, że trzeba by się liczyć z odrzuceniem, z ostracyzmem, ze złymi reakcjami na sarkastyczne uwagi, ironiczne wizerunki, a tylko takie są nośne w tej konwencji. Nie można napisać laurki środowisku, w którym się żyje, bo to mijałoby się z celem. Natomiast ja nie robię tego ze strachu przed odrzuceniem, bo doświadczenie bycia dyrektorką Instytutu Polonistyki i Kulturoznawstwa jest wystarczająco traumatyczne i to doświadczenie łączy się właśnie z izolacją, jakiej najśmielszy powieściopisarz dla samego siebie nie zaprojektuje. W związku z czym nie mam już nic do stracenia. To jest moment biograficzny, w którym mogę napisać każdą powieść, weszłam w apogeum wieku średniego, o nic nie zabiegam, stać mnie na dystans wobec samej siebie. Myślę natomiast, że do tej pory nie uporałam się z rożnymi innymi, formalnymi, artystycznymi wyzwaniami. I myślę też, że muszę wciąż szukać takiej konwencji, która jest na przecięciu – to mnie najbardziej bawi. Czyli kiedy piszę powieść z elementami powieści akademickiej, to jednocześnie jest to wciąż powieść o historii miejsca. Kiedy pisałam Bambino, czyli powieść o historii miejsca, to jednocześnie była to powieść o miłości. Podkreślam, choć nie jest to specjalnie odkrywcze, że i powieść akademicka jest bardzo często powieścią o miłości, opisującą zetknięcie świata profesorskiego ze światem studenckim, czyli jest powieścią przekraczającą tabu, wyciągającą na światło dzienne rzeczy, które czasem chcielibyśmy ukryć. Ja to wszystko staram się zrobić. I na przykład w Ku słońcu, w głównym wątku Małgorzaty i jej ucznia – doktoranta, zawarty jest ten przewrotny pomysł, żeby opisać nie profesora wprowadzającego w życie studentkę, tylko żeby opisać profesorkę, mająca dobrą relację ze swoim doktorantem. Dobrą, czyli nie taką, która oparta jest na rodzaju eksploatacji erotycznej, czy czerpaniu z autorytetu i ułatwianiu sobie kariery, tylko jest to relacja, która oparta jest faktycznie na miłości. W ten sposób, drobnymi gestami narracyjnymi, staram się przekraczać konwencje. Wobec tego nie wiem, czy napiszę kiedyś taką powieść, która będzie w pełni akademicka w tych standardach, które też już są jakąś zamykającą się konwencją.

fot. Piotr Przytuła

Czy rezygnacja z autobiografizmu w powieściach ma przełożenie na to, że zaczęła Pani pisać bloga, że jest Pani „dostępna” on-line i w pewien sposób, to „kobiece” pisanie jest kompensowane w innej formie?
Właśnie nie. Faktycznie to jest bardzo cenna obserwacja, z którą muszę się uporać, na obecnym etapie swojego pisarstwa, ale także życia. Bo jest naturalnym odruchem, że kiedy się zaczyna pisać, to jest to pisanie zwykle autobiograficzne i dość wprost, nieprzetworzone.
Natomiast mi się wydało w jakimś momencie, że muszę wskoczyć na to inne piętro, piętro, gdzie fikcja zaczyna opowiadać o rzeczach dla mnie ważnych. Że to za łatwe już dla mnie – opowiadanie po prostu o swoich przeżyciach. Ja opowiedziałam już o nich blisko 20 lat temu w książce, która nie była szerzej znana – Miasto-ja-miasto. I jeżeli ktoś szuka okruchów mojej biografii, to najłatwiej tam je znajdzie. Natomiast potem zaczęłam stawiać sobie zadania fabularne i szukać opowieści, które by mnie reprezentowały, ale nie prezentowały.

Mam wielką pokusę napisania powieści autobiograficznej i jeśli mówimy o odwadze, to to jest ten punkt, gdzie zaczyna działać brak odwagi, ponieważ tu musiałabym być zupełnie bezkompromisowa. Bo kiedy się dochodzi pięćdziesiątki, nie wypada już iść na kompromisy i taka powieść dużo by mnie kosztowała, ale nie tylko mnie. Bo ja z myśleniem o autobiografii mam problem. Nie z odsłanianiem siebie, tylko z odsłanianiem ludzi wokół. Autobiografia nie dzieje się w próżni. Opowiadając autobiograficznie trzeba opowiedzieć o swojej rodzinie, o ludziach bliskich, o swoich dzieciach. Nie jestem na to gotowa. Wydaje mi się, że tu jest zasadnicza bariera, która mnie powstrzymuje, ale pewnie kiedyś przestanie powstrzymywać.
Natomiast blog też jest oczywiście konwencją i to jest dla mnie granica pomiędzy nieosłoniętym zwierzaniem się a znalezieniem języka dla opowieści, który będzie językiem dobrej komunikacji, nie kłamstwa, nie wdzięczenia się do odbiorców, ale jednocześnie komunikacji, która zakłada, że po obu stronach wiemy, że to nie będą zapiski z mojego codziennego makijażu, tylko będę pisać tam o rzeczach, które uważam za ważne. Nie tylko dla siebie. Blog właściwie bardziej zastępuje mi publicystykę niż pamiętnik. To miejsce ujawniania poglądów, a nie miejsce zwierzania się.

Ośrodki akademickie coraz częściej dają możliwość w różnej formie, czy to studiów podyplomowych, czy kół zainteresowań, czy instytutów, zgłębiania zagadnień z zakresu gender studies. Dlaczego rośnie zainteresowanie tą szkołą/tą myślą?

To jest dość naturalny odruch w związku z tym, iż każdy z nas identyfikuje własne „ja” przez role płciowe. I w rożnych momentach życia kwestia identyfikacji płci, konstruowania płci jest ważna. I w dzieciństwie i w młodości, czy może zwłaszcza w młodości. Myślę, że dlatego to tak bardzo interesuje studentki, studentów. To jest moment, kiedy zadajemy sobie: pytania kim chce być, jaką rolę pełnić? Czy płeć mnie ogranicza, czy płeć coś mi otwiera? I to jest zasadniczy powód – zainteresowanie, które w centrum stawia „ja” i ono akurat w studiach gender w Polsce, jak i na świecie, jest tym pytaniem zasadniczym, gdyż pytając o płeć, pytamy o tożsamość, o to, kim jest jednostka.

Drugim powodem jest to, że studia humanistyczne niezmiernie się sfeminizowały w Polsce i kobiety zaczynają pytać o to, czy są reprezentowane w dyskursie humanistycznym, w literaturze? Ponieważ kanony uniwersyteckie, historyczne, krytycznoliterackie są kanonami z przewaga męskich tekstów, a programy gender nastawione są na literaturę kobiecą, na kobiety w literaturze i to kobietą interesują się bardziej niż konwencją.

Co nam daje umiejętność „genderowego” czytania/spojrzenia na literaturę?

Zyskujemy egzystencjalnie – jeśli jesteśmy kobietami. Problem może się pojawić, jeśli przyjmiemy tylko optykę feministyczną, bo to może odciąć inne aspekty postrzegania literatury. Dlatego zawsze podkreślam, że najlepiej jest czytać interdyscyplinarnie.

fot. Piotr Przytuła

O tym problemie piszę w mojej książce Gender dla średnio zaawansowanych, która jest zapisem wykładów przeprowadzonych na Uniwersytecie Szczecińskim. Takie czytanie pomaga na szersze spojrzenie także na świat polityki, świadomości, społeczeństwa. Niebezpieczeństwo pojawia się właśnie, gdy czytając poszukujemy „tylko” np. niedoli kobiet. Gdy czytamy jednowymiarowo, a tak może się stać, gdy zamkniemy się na inne dyskursy. Genderowe czytanie powinno pomóc nam to zjawisko zrozumieć, zmienić strukturę myślenia, nauczyć doświadczać przez płeć. Nie żyjemy bez płci, nasze doświadczenie to jej doświadczenie.

W ostatnich latach niezwykle popularny stal się dyskurs tożsamościowy, co niewątpliwie w dużej mierze zawdzięczamy dynamicznemu rozwojowi myśli feministycznej. Czy nadal, jak nazwał to Lippmann „obrazy w Głowie”, czyli stereotypy, nie pozwalają nam „wyjść” poza pewne schematy w postrzeganiu Innych? Czy Inny-Feministka, został już „oswojony”?

Widzimy wokół siebie zmiany społeczne, kulturowe; obserwujemy przesunięcia w dyskursie płci. Z drugiej strony ciągle mamy do czynienia z „metodą dyscyplinowania” – sięgam tu po termin Foucaulta – której ulegamy i która nadal jest niezwykle skuteczna, bo określa nas przez „deficyty osobiste”. Obraz feministki jako Innego jest obecny ciągle, chociażby w kulturze masowej, ale obok pojawia się nowy obraz „normalnej” feministki. Co jest związane z pojawianiem się mainstreamowego obrazu kobiety-feministki, jako tej wyznaczającej nowe ścieżki, którymi feministki i kobiety nowoczesne „masowo” powinny podążać.

Jak rozwija się ruch feministyczny w Polsce? Pojawiają się zarzuty, że feministki w Polsce nie potrafią się jednoczyć, centralizować, działać razem, że brak im wspólnych spraw? Jaki jest Pani pogląd jako jednej z najważniejszych postaci rozwoju polskiej myśli feministycznej na tę kwestię?
Feministki mają dużo do zrobienia także w państwie, między innymi dlatego, że jesteśmy przekonani, że jest równość. Liberalizm znosi problem płci. Mówi nam, że nierówności nie ma, więc nie ma się nad czym zastanawiać, ten problem nie istnieje.

fot. Piotr Przytuła

Organizacje kobiece faktycznie są w rozproszeniu, ale istnieją, działają, maja swoje zadania. Nie możemy ich obwiniać za to, że nie reprezentują kobiet w szerszym rozumieniu tego słowa. Tu pojawia się problem świadomości kobiet w Polsce co do tego, że ich sprawy powinny być reprezentowane. W rozbudzeniu takiej świadomości może pomóc znajomość chociażby wspomnianej wcześniej problematyki gender studies.

Ale obecnie znajdujemy się w impasie. Z jednej strony wiemy, że liczy się obecność medialna, z drugiej ta obecność marginalizuje działania oddolne, godzi w poczucie sprawiedliwości (bo aktywne od lat środowiska nie komponują się dobrze z politycznymi decyzjami i powstającym salonem feministycznym) i w pewnym sensie „zakrywa” nierozwiązane problemy kobiet w Polsce. W obecności medialnej tkwi także pułapka zaufania sztucznym światom. Choć bez nagłośnienia żadna sprawa współczesnego świata nie zostanie rozwiązana, samo nagłośnienie nie rozwiązuje żadnej sprawy…





środa, 1 czerwca 2011

Fotorelacja ze spotkania z prof. dr hab. Ingą Iwasiów

30 maja kończyliśmy tegoroczną odsłonę cyklu Kortowskich Spotkań z Literaturą. Spotkaliśmy się z prof. dr hab. Ingą Iwasiów. Dyskusja dotyczyła powieści "Bambino" i "Ku słońcu". Poniżej prezentujemy fotorelację ze spotkania z pisarką. Autorem zdjęć jest Piotr Przytuła. Zapraszamy do oglądania!



























piątek, 27 maja 2011

O ósmej odsłonie Kortowskich Spotkań z Literaturą w Radiu UWM FM

W piątek 27 maja o godz. 12 w Radiu UWM w audycji Duży Łyk Kultury dr Bernadetta Darska zapowiadać będzie ósmą odsłonę Kortowskich Spotkań z Literaturą. Przypominamy, że już w poniedziałek 30 maja o godz. 11.30 w Auli Teatralnej odbędzie się spotkanie z prof. dr hab. Ingą Iwasiów. Zapraszamy!

wtorek, 17 maja 2011

Kortowskie Spotkania z Literaturą (odsłona ósma) - 30 V 2011 - prof. dr hab. Inga Iwasiów

30 V 2011 - spotkanie autorskie prof. dr hab. Ingi Iwasiów

Uniwersytet Warmińsko Mazurski:
Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz Instytut Filologii Polskiej
zapraszają na
Kortowskie Spotkania z Literaturą 30 V 2011
(odsłona ósma)

Miejsce: Wydział Humanistyczny, Aula Teatralna [przy wejściu głównym na prawo w stronę szatni], ul. Obitza 1 [Kortowo 2]

30 maja (poniedziałek) godz. 11.30 –
„Miejsca odzyskane, miejsca utracone…” O powieściach „Bambino” i „Ku słońcu” z prof. dr hab. Ingą Iwasiów rozmawiać będzie dr Bernadetta Darska

prof. dr hab. Inga Iwasiów – literaturoznawczyni, krytyczka literacka, profesor Uniwersytetu Szczecińskiego. Redaktor naczelna dwumiesięcznika „Pogranicza”. Od 2010 roku jurorka Nagrody Literackiej Nike. Prozaiczka, poetka, eseistka. Autorka między innymi monografii „Kresy w twórczości Włodzimierza Odojewskiego. Próba feministyczna” (1994), „Opowieść i milczenie. O prozie Leopolda Tyrmanda” (2000); szkiców krytycznych „Rewindykacje. Kobieta czytająca dzisiaj” (2002); esejów „Gender dla średnio zaawansowanych. Wykłady szczecińskie” (2004), tomów poezji „Miłość” (2002) i „39/41” (Szczecin 2004), dwóch zbiorów opowiadań „Miasto-ja-miasto” (1998) i „Smaki i dotyki” (2006) oraz dwóch powieści „Bambino” (2008) i „Ku słońcu” (2010). Powieść „Bambino” znalazła się w finale najważniejszych nagród literackich w Polsce – Nike, Angelusa i Cogito.


Patronat honorowy: JM Rektor UWM prof. dr hab. Józef Górniewicz

Patronat medialny: Radio UWM FM, TVP Olsztyn i „Nasz Olsztyniak”

O powieści "Ku słońcu" Ingi Iwasiów

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy fragment recenzji z powieści "Ku słońcu":

Bernadetta Darska

Świat utraconych zapachów, obrazów i słów

„Ku słońcu” to powieść wyczekiwana przez tych, którzy dali się uwieść historii opowiedzianej w „Bambino”. Nie bez powodu używam tu określenia „uwieść”, bowiem w przypadku obu powieści sposób opowiadania wciąga czytelnika w rytm, któremu musi się poddać. Nie chodzi tu tylko o kwestie językowe, lecz i pączkującą kolejnymi odsłonami skupioną historię człowieka szczególnego, ale i uniwersalnego. To nie są nasze historie – taką deklaracją może asekurować się czytelnik „Bambina”. Szybko jednak odkryje, że jest w tych delikatnie, przyjaźnie, ale jednocześnie bez taryfy ulgowej portretowanych życiorysach coś z niego samego. Narracja Iwasiów nie tylko więc uwodzi, ale i wciąga czytelnika w rytm wydarzeń. […] Retrospektywna podróż w przeszłość niczego nie załatwi, ewentualnie może bardziej wszystko skomplikować. Dobrych odpowiedzi tak naprawdę nikt nie pomoże znaleźć. Trzeba samemu odkryć drogę do siebie i miejsce, które okaże się tym własnym. Wyrażona na ostatnich stronach „Bambina” nadzieja Uli, że być może Magdę ocali miasto, okazuje się złudna. Albo inaczej – źródłem wyzdrowienia na pewno nie będzie Szczecin. Choć w „Ku słońcu” Magda chodzi własnym śladami sprzed lat, to jednak nie udaje się jej stać na nowo kimś stąd. Jest obcą, choć zmuszoną do udawania, że rozpoznaje miejsce, w którym się znajduje. Retrospektywna opowieść, którą proponuje w „Ku słońcu” Iwasiów, nie jest więc wyciszeniem nostalgii i melancholijnym wejrzeniem we własną biografię sprzed lat. Autorka każe swoim bohaterom zmierzyć się nie tylko z tym, co było i co jest, ale też z problemem utraconej ciągłości. Magda i Tomek mają trudności z połączeniem tego, co jest ich wspólną pamięcią, z tym, co przeżyli oddzielnie i czego nie są w stanie odtworzyć na tyle dokładnie, by drugą osobę włączyć we wspomnienie, które nie jest jej udziałem. […] Magda wyjedzie ze Szczecina ze świadomością, że zostawia miejsce, w którym zamknęła się pewna część jej historii. Nie ma powodu, by się odwracać i rozpamiętywać. Wszystko to, co może dać jakąkolwiek odpowiedź, zawiera się w tym, co będzie. Symboliczne narodziny nowego życia kończą się więc Wielką Stypą. Tak bowiem można określić pobyt Magdy w Szczecinie.

Całość tekstu opublikowana jest na łamach „artPapieru” – 2010, nr 13 (157) z 1 lipca: http://artpapier.com/?pid=2&cid=1&aid=2510

O książce "Prywatne/publiczne. Gatunki pisarstwa kobiecego" pod red. Ingi Iwasiów

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy fragment recenzji z książki "Prywatne/publiczne. Gatunki pisarstwa kobiecego" pod redakcją Autorki:

Sławomir Buryła

W swoim imieniu


"Prywatne/publiczne. Gatunki pisarstwa kobiecego to cztery artykuły ułożone w porządku chronologicznym: od najwcześniejszego podejmującego zagadnienia związane z okresem Dwudziestolecia, przez wojnę, rzeczywistość PRL aż po zmierzch komunizmu. Tytuł (uwydatniając labilność sfery publicznej i prywatnej) znakomicie oddaje zawartość tematyczną najnowszej książki pod redakcją Ingi Iwasiów. [...]
Inga Iwasiów w artykule Powieść w obiegach. Lata osiemdziesiąte i kontynuacje spogląda na dzieła prozatorskie mówiące między innymi o politycznym zaangażowaniu kobiet, ich obecności w świecie wielkich wydarzeń politycznych jako na przekaz wyrażający podwójną perspektywę: podmiotowość autorki oraz resentymenty patriarchalne. W zgodzie z metodą feministyczną Iwasiów postrzega powieść polityczną jako z jednej strony tę, której nie da się czytać nie wychodząc poza tekst, pozostając jedynie w jego obrębie, a z drugiej dowodzącą, że każdy utwór jest w jakimś porządku polityczny, bo pozostaje w relacji „wobec wartości kanonicznych określonej kultury”. W niezwykle ciekawym szkicu Iwasiów najbardziej doniosłe wydają mi się rozpoznania dotyczące problematyki wciąż słabo zdiagnozowanej. Chodzi o formy obecności Polek w wielkich wydarzeniach XX wieku. Iwasiów koncentruje się na dwóch faktach z historii minionego stulecia – tragedii II wojny światowej oraz rzeczywistości PRL (od stalinizmu przez lata sześćdziesiąte po narodziny opozycji i ruchu „Solidarność”). Mimo pojawienia się w ostatnich latach kilku ważnych prac, czasy wojny, Holocaustu oglądane z pozycji kobiety wciąż pozostają terenem nierozpoznanym. [...]".

Całość tekstu do przeczytania w "FA-arcie" [2009, nr 1-2].

O powieści "Bambino" Ingi Iwasiów

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy fragment recenzji z powieści "Bambino":

Bernadetta Darska

Urok mlecznego baru

„Bambino” staje się rodzajem mitu założycielskiego powojennego Szczecina. To kobiety budują miasto od wewnątrz. Pracują, wiążą się z mężczyznami, decydują się nie wspominać wojny i uwierzyć w pokój, rodzą więc dzieci. To one ponoszą największe koszty – wyrzekając się marzeń, znosząc kolejne rozczarowania, przeżywając od nowa samotność. Iwasiów odpowiedzialnością za ich nieprzystosowanie obarcza przeszłość. Co prawda w czasie wojny można dużo wytrzymać (np. gwałty Rosjan), ale najtrudniejszym dziedzictwem okazuje się pamięć. To ona stygmatyzuje bohaterów potencjalnością przegranej.
Portret Szczecina okresu PRL-u to także zapis problemów z używaniem odpowiedniego języka. Ula zdaje się nie pamiętać języka niemieckiego, potem wyrzeka się też języka ciała. A gdy Stefan jako Żyd musi opuścić kraj w 1968 roku, Ulrike jakby kamienieje. Maria nie jest pewna, czy umie jeszcze mówić po rosyjsku, wątpi też, czy potrafi nadal używać języka miłości. Jan, mąż Marysi, zamienia słowa czułości w okrzyki nienawiści, rozmowy o życiu w debatowanie o polityce i o spiskach. Anna staje się strażniczką powagi małżeństwa i domową księgową przeliczającą każdy pieniądz na dobra materialne.

Całość tekstu do przeczytania w: „Nowa Kultura” [dodatek do „Dziennika”] z dn. 14 VIII 2008 r.

O powieści "Bambino" Ingi Iwasiów

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy fragment recenzji z powieści "Bambino":

Sławomir Buryła

Słodko-gorzki smak PRL

"[...] Umiejętność opowiadania oraz język odwołujący się do różnych rejestrów stylistycznych to niewątpliwie największe zalety Iwasiów. Bambino znakomicie parodiuje różne konwencje narracyjne. Komunikacyjna, prezentacyjna funkcja języka ustępuje niekiedy pola słowu włączonemu w plan gry, zabawy. „Dla Anny i Uli miejscem pracy jest bar »Bambino«, gdzie trafiają po zaliczeniu kilku innych barów. Bambino, bambino, bambino. Janek, też słodki na pierwszy rzut oka, ale i mężczyzna, jest ich konsumentem, Marysia lokatorką Uli. Bambini, bambino. Oto przypadkowy układ. Komplet poszerzy się później. O niezbędny element. Do życia. Mają ze sobą coś wspólnego: nie mają tu, w mieście, rodzin. Uklepują swoje życie, stykając się naskórkami z ludźmi stąd, zawierają przymierza, składają przysięgi”. Słowa „wymykają się” tu spod kontroli, korzystają z chwilowej wolności. Czy rzeczywiście jednak o zabawę tu chodzi? Po trosze może tak. Przede wszystkim jednak – jak sądzę – to próba językowego oddania młodości z właściwą jej dezynwolturą, niefrasobliwością. Język próbuje wyrażać stan duszy, naśladować emocje. Gdzie indziej (w scenie spotkania towarzyskiego w „Kameralnej”) stara się z kolei imitować lekkość tańca i stan nieznacznego upojenia alkoholowego.    
Kompozycja Bambino miejscami zdaje się przypominać pracę aparatu fotograficznego. Zwięzłe, lakoniczne zdania przywołują na myśl stop-klatki, z których każda odsłania inny fragment biografii bohatera. Czytając Bambino miałem wrażenie, jakby cały utwór przybierał postać kolekcji z rodzinnych albumów. Na skojarzenie takie naprowadzają charakterystycznie sformułowane tytuły poszczególnych rozdzialików (Polowanie na komary, 1972Rozwód, 1973Ich mała destabilizacja, 1974 – Lekcje muzyki, 1975 – Dzieci z adapterem „Bambino”, 1977 – Obiad w barze, 1978 – Samotny łowca, 1979 – W hotelowym pokoju – 1980, Dzieci i pozostali, 1981). Zbiory rodzinnych fotografii dokumentują nasze życie nie krok po kroku, ale wyrywkowo i nie zawsze jego najbardziej znaczące etapy. Niekiedy pojawiają się na nich sprawy drugorzędne, których prawdopodobnie zapomnielibyśmy, gdyby nie zaświadczające o nich zdjęcia. Układamy z tego sekwencje narracyjne, próbujemy włączyć w spójną opowieść. Wyłaniają się z niej portrety ludzi, zbiory zdarzeń.     
Świat Iwasiów jest gorzko-słodki. Nie gorzki i słodki, jak się to niekiedy mówi, ale gorzko-słodki, w którym radość i cierpienie są dokładnie wymieszane. Wygląda to tak, jakby w goryczy zawsze kryła się jakaś część „urody życia”. Nie zabraknie zapewne czytelników, którzy określą los Marii, Anny i Uli mianem nieudanego, wyjątkowo pogmatwanego i bez szansy na odmianę (Bambino „urywa się” w pewnym momencie, wraz dogorywaniem komunizmu, być może dlatego właśnie, że nic już się zmieni w życiu trzech kobiet). Powieść nie ma happy endu. Nie ma, bo Iwasiów nie jest sentymentalna, ale też daleko jej do popularnego ostatnimi laty w rodzimej prozie bohatera sfrustrowanego. Iwasiów zajmują przede wszystkim ludzie i ich biografie. Nie ubogaca jednak grona tych twórców, którzy namiętnie i z pasją eksploatują wnętrza swych postaci, nie przeprowadza psychologicznej wiwisekcji. Jest w tej materii dość oszczędna. Po lekturze Bambino chciałoby się rzec: Cóż, takie jest życie. [...] ". 

Całość tekstu do przeczytania w "Pograniczach" [2009, nr 1].

O zbiorze opowiadań Ingi Iwasiów pt. "Smaki i dotyki"

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Literaturą będzie prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy fragment recenzji ze zbioru opowiadań "Smaki i dotyki":

Bernadetta Darska

Ja-jedyna i ja-każda

"[...] Bohaterkami opowiadań Iwasiów są kobiety – te, które cierpią; które próbują bezskutecznie coś zmienić w swoim życiu; które szamocą się z otoczeniem i po omacku usiłują znaleźć drogę. Ruch, prowadzący do zmian, odbywa się zawsze za sprawą zderzenia z drugim człowiekiem. Tyle że kolejny krok do przodu zazwyczaj jeszcze mocniej obnaża samotność, zranione wnętrze i lęk przed tym, co ma się wydarzyć. Tak dzieje się z bohaterką Uczciwej transakcji, przeżywającą dramat Kopciuszka, który nigdy nie stanie się Królewną. Gra w miłość okazuje się bardzo szybko złudzeniem, bo Książę zamyka ją w klatce-pałacu nie z miłości, ale z wygody. Iwasiów z pojedynczej historii buduje historię metaforę. Prostytutka, spragniona tego, by być kochanką, szybko pozbędzie się złudzeń. Z pewnością nie ma szans na życiowe spełnienie, podobne do tego, jakie zafundował swojej bohaterce Witold Horwath w powieści Ultra Montana.
Kobieta u Iwasiów to ktoś o przypisanym na stałe statusie Obcego. W Smakach i dotykach znajdziemy wyraźną opozycję pomiędzy światem zewnętrznym a domem. Przestrzeń publiczna to na przykład mężczyźni z opowiadania Wąskie przejście, stojący w grupkach na ulicach i hojnie obdarzający kobiety taksującym spojrzeniem i wulgarnymi okrzykami. Dom stanowić ma ukojenie, namiastkę ochrony, ocalenia, tyle że szybko staje się więzieniem. Kobieta – skazana na wykorzenienie – nie ma więc wyboru: prywatność ją dusi, ogranicza, zewnętrze atakuje, zagraża. Obca dla świata jest także bohaterka Porady. Iwasiów sugestywnie opisuje los alkoholiczki i społeczną stygmatyzację kobiety, która walczy z nałogiem. Pijanemu mężczyźnie zwykło się wiele wybaczać, nietrzeźwa kobieta budzi tylko obrzydzenie. Motyw zmagania się z alkoholizmem pojawia się zresztą w kilku opowiadaniach. Wycofanie się na obrzeża samej siebie za sprawą wszytego esperalu daje zupełnie inną perspektywę – można patrzeć z boku nie tylko na innych, ale i na siebie. [...]".

Całość tekstu do przeczytania w "Nowych Książkach" [2006, nr 12].

niedziela, 15 maja 2011

Wybrane publikacje prof. Ingi Iwasiów

Gościem ósmej odsłony Kortowskich Spotkań z Lieraturą będzie wybitna literaturoznawczyni, krytyczka literacka, redaktor naczelna dwumiesięcznika "Pogranicza" i znakomita pisarka prof. dr hab. Inga Iwasiów. Poniżej prezentujemy okładki wybranych publikacji Pani Profesor:

 





 

wtorek, 12 kwietnia 2011

Palimpsest i gąbka. Z prof. dr. hab. Ryszardem Nyczem rozmawia Urszula Pawlicka

Literatura współczesna przypomina wielogłosową konstrukcję, powstałą poprzez kompilację różnych fragmentów z tekstów kultury. Obok odsyłania do utworów klasycznych, pojawiają się nawiązania do tekstów medialnych, reklamowych czy popkulturowych. Fikcja literacka eksploruje świat migotliwy czy pokawałkowany. Twórcy przedstawiają zatem rzeczywistość pośrednio poprzez wykorzystywanie istniejących już tekstów – czy jest to nowoczesna wersja realności? 

fot. Piotr Przytuła
W Polsce rzeczywiście jest to nowe zjawisko, o wiele bardziej nowe niż gdzie indziej (choć i u nas już sto lat temu Karol Irzykowski pisał o tego typu „literaturze przetwórczej”, która powstaje w wyniku rearanżacji istniejącego materiału literackiego czy dyskursywnego). Badaczka poezji dwudziestego wieku, w tym również nowych form literatury, Marjorie Perloff, w swojej ostatniej książce zajęła się – w bardzo interesujący sposób - właśnie tego rodzaju tworami „nieoryginalnego talentu”. Obecnie tendencja ta nasila się i u nas, uwidacznia się to choćby w powstających gatunkach związanych z samplowaniem – praktyki te zauważyć  można na przykład w poezji Andrzeja Sosnowskiego. Literatura, która powstaje z prefabrykatów, czyli z fragmentów już gotowych, wymaga innej organizacji, określanej przez terminy takie jak montaż czy kolaż. Chociaż techniki te wymyślone zostały już przed pierwszą wojną światową, znajdują teraz całkiem inne zastosowanie – stają się zasadą konstrukcyjną tekstu. Promotorami tych zmian są m. in. też niektórzy nasi klasycy, jak na przykład Różewicz, który w dużej części budował swoje teksty w taki właśnie sposób. Ogólnie biorąc uważa się, że technika ta demokratyzuje twórczość, bo właściwie każdy może stworzyć wiersz („uprawiać sztukę”) poprzez rekombinację tego, co zostało już napisane i zrobione - w konsekwencji sprawiając, że każdy może poczuć się twórcą. 
Można powiedzieć, że to, co uważamy za rzeczywistość, okazuje się hybrydycznym konstruktem, splecionym z tego, co fizyczne, społeczne i dyskursywne; to palimpsestowa sieć zapośredniczeń, która w praktykach literackich jest ujawniana i krytycznie weryfikowana. Człowiek (czytelnik) staje się - czy raczej: stać się powinien - bardziej wrażliwy, ale i bardziej krytyczny, na te obrazy, które nam świat udostępniają, zniekształcają i przesłaniają (czasem na przemian, czasem jednocześnie).

Osadzenie tekstu literackiego w rzeczywistości uwidacznia się także poprzez zastosowanie zabiegów intertekstualnych, takich jak parodia, pastisz czy trawestacja. Twórcy często ironicznie prezentują pewne wydarzenia kulturowe, polityczne czy nawet religijne. Rzeczywistość nie jest zatem odzwierciedlana, lecz zniekształcana po to, by ujawnić krytyczny stosunek pisarza. Odwołując  się do metafory filozofa Davidsona – odbiorca doznaje i widzi rzeczywistość poprzez język?

Jak wspomniałem, rzeczywistość jest przez nas wstępnie – na poziomie przedświadomym - ukształtowana oraz uporządkowana i postrzegamy ją właśnie poprzez tę organizację. Ujmujemy zatem rzeczywistość w pewnych kategoriach, które nadają sens temu, co widzimy. Obecnie nie mówi się o prawdziwie bezpośrednim doświadczeniu, gdyż uznaje się, że wszystko co jest przez nas wychwytywane, już wcześniej jest poddane obróbce w tym prerefleksyjnym wymiarze. Postaci rzeczy i zdarzeń są formowane za sprawą naszych dyspozycji do konstruowania pojęciowo-językowych form, które nakładamy na rzeczywistość -  co niekoniecznie musi oznaczać  izolację od realności, od tego, co zmysłowe czy afektywne, nie mówiąc już o tym, że znaczna część rzeczywistości społecznej ma charakter zsemiotyzowany. Niekoniecznie, jeśli uznamy, że język to medium, nie tylko w spirytystycznym znaczeniu demonicznej władzy wciągającej nas w zamknięty świat dyskursu, ale też, po prostu, w znaczeniu środka komunikacji i poznania, poprzez który rzeczywistość ma się uwidaczniać.
W tych czasem żartobliwych, czasem poważnych eksperymentach literackich chodzi więc o próbę zdania sobie sprawę z tego, na czym faktycznie polega nasze kontaktowanie się ze światem. Techniki intertekstualne zaś są tak stare jak literatura, począwszy od starożytnych centonów, które polegały m. in. na przerabianiu tekstu świeckiego na religijny bądź odwrotnie. W średniowieczu mnisi zabawiali się z tekstami biblijnymi, przerabiając je na różne dowcipy i historyjki. Słynna z tego okresu „Uczta Cypriana” jest parodią zbudowaną ze świętych tekstów. Opowiada się też anegdoty o św. Bernardzie, którego oskarżano o to, że żartuje sobie trawestując teksty religijne (obrońcy argumentowali, że ten święty mąż tak przesiąkł Pismem świętym, że mu przy każdej okazji tylko ono na myśl i na język przychodziło...). Intertekstualność nie jest zatem zjawiskiem nowym, ale na pewno obecnie przybiera inną postać, którą warto badać.


Nawiązania do realności ujawniają się często pod postacią nazw marek produktów, w tekście pojawiają się wyrażenia: „baton Snickers”, „woda Nałęczowianka” czy „sklep Ikea”. Jeden z badaczy ciekawie stwierdził, że nie chodzi o to, w jaki sposób literatura naśladuje rzeczywistość, lecz w jaki sposób sprawia, że wierzymy, iż ją imituje. Czy przywołane nazwy artykułów są właśnie przykładem przekonania odbiorcy, że ma do czynienia z prawdziwym światem?

fot. Piotr Przytuła
W tej sprawie chodzi też prawdopodobnie o coś jeszcze innego. Zdaniem badaczy, którzy zajmują się kulturą późnonowoczesną, przeszliśmy od świata towaru, w którym wszystko było urzeczowione, sprowadzone do wartości wymiennej, jednorodne, homogeniczne, a człowiek traktowany był instrumentalnie, jedynie jako element w procesie produkcji – do świata marki, oferującego złudzenie niepowtarzalności doświadczenia. Poczucie wspólnego uczestnictwa polega na tym, że nosimy te same stroje, kultywujemy ten sam styl, sposób zachowania czy mentalność, a równocześnie jesteśmy przekonani, że to nas indywidualizuje. Przywiązanie do marki ma nas wyróżniać i zapewniać przeżycie quasi-unikatowego doświadczenia. Jest to rzeczywiście zjawisko nowe, które szybko znalazło swą artykulację w literaturze i sztuce oraz w analizach przemian współczesnej kultury. Myślę tu zwłaszcza o ciekawej książce Scotta Lasha i Celi Lury, „Globalny przemysł kulturalny” (Global Culture Industry), która – jak wskazuje tytuł - jest krytycznym nawiązaniem do sławnego rozdziału o przemyśle kulturalnym z Dialektyki Oświecenia Theodora Adorna z lat 40. Adorno był jednym z tych myślicieli, którzy dostrzegli najwcześniej niebezpieczne konsekwencje kluczowego dla nowoczesnej gospodarki i kultury mechanizmu utowarowienia. Lash z kolei przekonująco pokazuje, że tamten świat odchodzi w przeszłość, nieledwie w zapomnienie, a my żyjmy już w świecie marki; świecie, który stymuluje (lub daje złudzenie) kreatywnej konsumpcji. Znaczenie marki dostrzega się także w środowisku literackim, w promocyjno-rynkowych działaniach pisarzy, w całym współczesnym przemyśle kulturowym.

Obok dyskursu fikcjonalnego, wskazał Pan także na eseistyczny, dokumentalny i autobiograficzny. Mam wrażenie, że dwa ostatnie szczególnie triumfują. Mamy do czynienia z dużą ilością dokumentów pisanych nie tylko przez reporterów (przykładowo Wojciech Tochman), lecz także przez aktorów i celebrytów (Jerzy Stuhr czy Weronika Marczuk). Skąd zainteresowanie faktami; wydarzeniami osadzonymi w rzeczywistości?

Kieruje nami pragnienie wiedzy na temat tego, co wydarzyło się naprawdę. Szczególnie, jeśli są to sytuacje dotyczące osób lub spraw, które nas interesują lub z którymi się identyfikujemy Do motywu zaspokojenia ciekawości, który zawsze był powodem bardzo silnym, dochodzi czynnik przeszłości i pamięci. Literatura świadectwa mówi o rzeczywistości w inny sposób, niż tekst informacyjny. Wypowiada prawdę jej indywidualnego doświadczenia:  nie tyle poprzez konfrontację pomiędzy tym co mówi, a realnym stanem rzeczy – ile poprzez to, że relację przekazuje osoba, która była w danym miejscu i w danym czasie. Ona niejako „świadczy sobą”, swoją osobą, o zgodności tego, co mówi czy pisze z rzeczywistością. Następuje zatem legitymizacja prawdy poprzez podmiot, a nie przez tradycyjną zasadę korespondencji. Taki zabieg wydaje się innym, specjalnym uwiarygodnieniem znaczenia przekazu, o wartości niesprowadzalnej do sensów dających się ustalić innymi drogami.
Sądzę jednak, że sytuacja nie odwróciła się tak radykalnie, aby na pierwszy plan wysuwały się wyłącznie dokumenty czy reportaże. Ludzie nadal czytają – powiedzmy – romanse... wszystkie bestsellery przecież są historiami fikcyjnymi, które pełnią funkcje kompensacyjne. Takie lektury pozwalają zanurzyć się w innym świecie i tym samym oderwać się od codziennej rzeczywistości (zazwyczaj bardziej nużącej czy stereotypowej). Zapewne obie odmiany literatury są potrzebne. Bardzo upraszczając można powiedzieć, że po jednej stronie mamy świat romansów, który pozwala na fikcyjne uczestnictwo w lepszym świecie (od naszego), po drugiej zaś świat dokumentalny z prawdziwymi, często strasznymi, historiami, które czytamy nie tylko dlatego, że nie mogliśmy, ale i dlatego, że nie musieliśmy być ich uczestnikami.

Tekst czy to fikcjonalny czy dokumentalny stał sie nosicielem śladów rzeczywistości. Jak zatem należy określić status współczesnej literatury? Czy w związku z tym zmieniło się pojęcie pisarza?


fot. Piotr Przytuła
Pojęcie pisarza na pewno się zmieniło; dawne misje i powołania zastąpiły inne zadania – choćby te związane z funkcjonowaniem na rynku dzisiejszej kultury, z kategorią marki, o której już wspominałem. Świat marki wymusza na pisarzu, aby inwestował w swoją karierę, w swój styl i swój świat, i próbował zorganizować wokół siebie czytelników. 

Lecz literatura zawsze była – jest nadal – czymś w rodzaju sztuki wypowiadającej ludzkie doświadczenie... zmienia się więc wraz ze światem, tak, jak zmienia się znaczenie, które jej nadajemy czy w niej odnajdujemy. Chętnie wyobrażamy sobie, że jest czymś – zwłaszcza wielkie dzieło - w rodzaju skarbca, czy „misternie sklepionej urny”, wedle określenia Keatsa, do której cennego depozytu, nienaruszalnego bogactwa uzyskać możemy dostęp, jeśli będziemy dość wykształceni, wrażliwi, posłuszni regułom interpretacyjnej poprawności... Ale bliższa prawdy byłaby chyba inna metafora (pożyczam ją od Miłosza): że jest niczym gąbka, która napełnia się światem, nadaje mu postać i sens, ale nigdy nie może się ani do niego sprowadzić, ani go wyczerpać, ani nim nasycić.

O siódmej odsłonie Kortowskich Spotkań z Literaturą na Portalu UWM

Na Portalu Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego ukazała się relacja z wykładu prof. dr. hab. Ryszarda Nycza:


Szymon Żyliński

O marginalizacji humanistyki

Gościem ostatnich Kortowskich Spotkań z Literaturą był prof. Ryszard Nycz - wybitny uczony z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W oczekiwaniu na wykład rozmawiałem z kilkorgiem znajomych o gościu. Niezależnie do kombinacji liter przez nazwiskiem wszyscy podkreślali „ciężki styl" Nycza w jego książkach. Ktoś nawet, wspominając konferencję, stwierdził, iż docierało do niego dopiero co piąte zdanie profesora. Inni żartowali, że na wykład przyjdą z naręczem różnej maści słowników. Oczekiwania i obawy były spore. Specjalnie przyszedłem wcześniej, aby zająć odpowiednie miejsce, koleżanka siedząca obok rzuciła mimochodem, że z prelegenta całkiem przystojny facet „a bynajmniej taki jawi się na okładkach swoich książek" - dodała po chwili.

fot. Piotr Przytuła

Wykłady gwiazd literatury i nauki wielokrotnie przypominają mi koncerty gwiazd muzyki. Tłumy z wyprzedzeniem stawiają się pod sceną, część osób posiada koszulki z idolem (w tym przypadku książki), inni zaś szykują przenośne rejestratory dźwięku, by nagrać show (przed wykładem, niektórzy otwierają notatniki, zdejmują nakrętki z wiecznych piór). Panuje ogólna atmosfera wyczekiwania i podniecenia. I jak na koncercie super grupy musi być obsuwa, tak i w tym przypadku gość Kortowskich Spotkań, nawet jeśli pojawi się na czas, najpierw jest przepytany przez TVP, co skutkuje kilkoma lub kilkunastoma minutami opóźnienia.

Wreszcie, znienacka, wchodzi profesor Ryszard Nycz. W czarnym garniturze, i białej, rozpiętej pod szyją, koszuli ze stójką. Po krótkim, acz merytorycznym wstępie organizatora - profesora Sławomira Buryły z Instytutu Filologii Polskiej UWM - głos zabrał zaproszony: - „Dziękuję za miłe słowa, proszę je powtarzać" - rozpoczął z uśmiechem prelegent.

Wiedząc, że jego słuchaczami nie będę tylko poloniści, główny nurt swoich zainteresowań odłożył na bok i przygotował wykład pt. „Humanistyka dziś: ciągłość i przemiany".

Z jednej strony można odczuć „tąpnięcie", zmarginalizowanie humanistyki, (co w Polsce odbywa się z opóźnieniem), ale z drugiej strony jej sytuacja jest korzystna, ponieważ powstają programy dofinansowujące m.in. w Narodowym Centrum Nauki - skierowane przede wszystkim do młodych badaczy, czy też Narodowy Program Rozwoju Humanistyki (NPRH). „W tym sektorze dzieje się wiele dobrego i należy z tego korzystać " - zachęcał Nycz.

Zaproszony gość, to o czym chciał mówić, zgrupował wokół trzech problematyk, czyli:

- problemów terminologicznych współczesnej humanistyki,
- kluczowej tradycji - dziedzictwie pozostawionym przez przeszłość
- o tym, co w ostatnich latach dzieje się nowego w obszarze humanistyki.